Remake „Życzenia śmierci” z 1974 roku przenosi akcję z Nowego Jorku do Chicago, a samotnym mścicielem — tym razem chirurgiem, nie architektem — zostaje Bruce Willis. Główną słabością filmu jest zbyt gładki sposób opowiadania, przez który emocje oryginału gdzieś uleciały, a historia momentami zamienia się w niezamierzoną komedię. Tam, gdzie powinien być prawdziwy dramat, Willis ogranicza się do grymasów znanych ze „Szklanych pułapek”, a obojętność całej obsady wobec granych ról udziela się widzom.
Zaczęło się od powieści Briana Garfielda, ale to ekranizacja z roku 1974 podbiła świat. Film „Życzenie śmierci” Michaela Winnera był nie tylko perfekcyjną opowieścią o samotnym mścicielu, lecz także niepokojącym pytaniem o fascynację bronią i przemocą. Tego dotyczyła przemiana bohatera, granego przez Charlesa Bronsona. Nowa wersja to dzieło twórcy „Śmiertelnej gorączki” i „Hostelu”. Nowy Jork zamienił się w Chicago, architekt w chirurga, a Bronson w Bruce’a Willisa. Tylko emocje gdzieś uleciały, bo cała historia opowiedziana jest w sposób zbyt gładki. Film Rotha zamienia się momentami w nieintencjonalną komedię. Willis też nie daje rady, bo tam, gdzie powinien być prawdziwy dramat, na jego twarzy rysują się tylko znane ze „Szklanych pułapek” grymasy. Zresztą wszyscy aktorzy zachowują się na ekranie, tak jakby to, co grają, było im zupełnie obojętne. I ta obojętność udziela się widzom.