Rozmach historycznej sagi i kaszubski temat nie rekompensują braku rytmu, wyrazistych postaci, dobrych dialogów i spójnej opowieści.
Historyczna saga rozgrywająca się na Kaszubach rozpoczyna się w roku 1900. We wsi na świat przychodzi bękart miejscowego pana i władcy, pruskiego arystokraty Hermanna von Kraussa (Adam Woronowicz). Matka umiera przy porodzie, dziecko (otrzyma imię Mateusz) za sprawą żony Hermanna, Gerdy von Krauss (Anna Radwan), trafia na wychowanie do pałacu. Von Kraussowie mają dwoje własnych dzieci, których stosunek do przybłędy jest skrajnie różny. Kurt traktuje Mateusza z góry, jednocześnie cierpiąc na kompleks niższości (Mateusz jest bardziej utalentowany), Marita darzy go sympatią, która z czasem zamieni się w coś więcej. Za oknami pałacu dzieje się historia. I wojna światowa oznacza dla Kaszubów masowy pobór do pruskiej armii. „Na sześć tygodni” – słyszą. Potem zmartwychwstanie niepodległej Polski, powrót pod jej władzę niewielkiego niestety fragmentu Pomorza. Ziemie pruskiego arystokraty rozdzieli granica – część majątku zostanie
po polskiej stronie. Kolejne punkty zwrotne historii też są oczywiste: narodziny niemieckiego faszyzmu, wschodząca gwiazda Hitlera, potem wrzesień 1939 r. i II wojna światowa. Swoją opowieść kończy Filip Bajon wraz z wkroczeniem na Pomorze sowieckiej Armii Czerwonej. Z tego krótkiego opisu wyraźnie widać, jakim rodzajem kina miał być „Kamerdyner”. Epicka saga rodzinna z wielką historią w tle i rozegrana na pograniczu narodów pomorska wersja „Magnata”, w której Ślązaków zamieniono na Kaszubów, a rolę głównego skandalisty uwikłanego w zakazaną miłość odgrywa Mateusz (w „Magnacie” – Bolko grany przez Lindę). Identycznie ustawiona jest figura najstarszego syna rodu. Tyle że Franzel von Teuss flirtował z nazistami dla zysku, by chronić i pomnażać rodzinną fortunę, a Kurt von Krauss został członkiem SA raczej z powodu… Hm… specyficznego rodzaju męskiej przyjaźni, jaką obdarzali się podwładni Ernsta Röhma. Podobieństw jest więcej, żal mi miejsca, by je wszystkie wymieniać. Gdyby „Kamerdyner” był filmem wybitnym, pewnie zająłby się nimi wkrótce jakiś ambitny doktorant. O ile jednak w „Magnacie”, który słabo zniósł próbę czasu, trafiały się kawałki wielkiego kina, a całość nieśli na barkach wybitni aktorzy w szczytowej formie, o tyle nowy film Filipa Bajona zawodzi niemal na każdym poziomie. Brakuje mu rytmu, punktów zwrotnych, elementów zaskoczenia, dobrych dialogów, zawodzi obsada. Miało być kino epickie,
jest kino prawie epickie, a prawie, jak wiemy, robi wielką różnicę.
O czym ta historia? Jest „Kamerdyner” filmem pełnym szerokich, panoramicznych ujęć, pieczołowicie ustawianych, rzadko kiedy pełnią one jednak jakąś istotną rolę w opowiadanej historii. Ot, materiał ilustracyjny. Całkiem jakby Bajon zapomniał o najpotężniejszej broni kina, jaką jest montaż. Postawił na pocztówkowe panoramy plus długie ujęcia, w których kamera podąża za bohaterami. Wpada w ten sposób w pułapkę – tego typu filmowe opowiadanie wymaga gigantycznych budżetów. Gdy ich brakuje, owe rajdy kamery obnażają jedynie ubóstwo świata wykreowanego. Najlepszy przykład to scena z okopów wojny 1914 r., w której mamy garść statystów, których obecności próżno próbuje się nadać rozmach godny przejazdu kamery transzejami spod Verdun. Nie jest to nowy kłopot kina III RP, a zwłaszcza samego Bajona – wystarczy wspomnieć, jak w jego „Przedwiośniu” z braku funduszy wojnę z bolszewikami roku 1920 markowało paru facetów błąkających się we mgle. Jednak i tak, co ciekawe, mimo że budżet „Kamerdynera” wyniósł niespełna 20 mln zł, film robi wrażenie wystawniejszego, co jest wiadomością dobrą i złą jednocześnie. Dobrą, bo przypomnę, że do pewnego stopnia rozmach można markować za małe pieniądze. Złą, bo wydaje się, że cała para poszła właśnie w to: ustawianie ujęć, kostiumy etc. Tyle energii przeznaczono na udawanie epickiego kina,
„Kamerdyner” – nieudany wyraz tęsknoty reżysera za kinem epickim. Widzowie zatęsknią za sensem, lepszym scenariuszem i mądrzej dobraną obsadą
że na inne sprawy czasu i uwagi już nie starczyło. Wielkim grzechem „Kamerdynera” jest to, że twórcy nie mogli zdecydować się, jaką właściwie historię chcieliby opowiedzieć. Jeśli miał to być wielki melodramat, to zadziwiająco mało mamy w nim uczucia, zakochani Mateusz (Sebastian Fabijański) i Marita (Marianna Zydek) zostali ledwie naszkicowani, w dodatku kompletnie nie ma między nimi na ekranie żadnej chemii. Jeśli miały to być dzieje upadku rodziny (i starego świata), to „Kamerdyner” jest ledwie cieniem „Magnata”, a członkowie rodziny von Teuss wyjątkowo bezbarwni i mało interesujący.
Rozczochrany Kaszuba Jeśli z kolei miał to być fresk historyczny o relacjach polsko-kaszubsko-niemieckich, to niezbyt wiele w nim historii i polityki. Chociaż te sceny, które ujrzeliśmy, były obiecujące: Kaszubi drukujący polskie gazety i kolportujący je wbrew woli pruskich władz, jednoznaczne opowiedzenie się za polskością, droga „kaszubskiego króla” Bazylego Miotkego (Janusz Gajos) od nieformalnego przywódcy miejscowych do ważnego urzędnika II Rzeczypospolitej. Bezsprzecznie wielką zasługą Bajona i scenarzystów jest natomiast przypomnienie niemieckiego mordu w piaśnickim lesie, gdzie zamordowano kilkanaście tysięcy Kaszubów, wszystko to w ramach hitlerowskiej Intelligenzaktion na Pomorzu – operacji, której celem było planowe usunięcie z zimną krwią polskich elit. Mało kto w Polsce pamięta o tej kaszubskiej Golgocie, Bajon pokazał ją bez taryfy ulgowej dla niemieckich okupantów. Tak naprawdę wątek kaszubski jest w tym filmie najciekawszy i jedyny, po którym czułem niedosyt. Bez wątpienia zasługuje na osobną, potężną opowieść, najlepiej serial na skalę „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Inne elementy składowe „Kamerdynera” widzieliśmy już gdzie indziej, w lepszych wersjach, często u samego Bajona, bo gdy mowa o niemieckim faszyzmie lub szerzej: relacjach polsko-niemieckich w XX stuleciu, to prócz „Magnata” znajdziemy przecież w jego dorobku „Limuzynę Daimler-Benz” czy „Wizję lokalną 1901” o strajku dzieci we Wrześni. Jeśli chodzi o drugiego okupanta, czyli Rosjan, w „Kamerdynerze” robi Bajon to, czego z powodów oczywistych zrobić nie mógł w „Magnacie”. Film kręcony w czasach PRL nie mógł ukazywać zbrodni i gwałtów Armii Czerwonej, dzieje rodziny von Teuss kończyły się więc oddaniem już po wojnie pszczyńskiego pałacu w służbę ludu pracującego miast i wsi. W „Kamerdynerze” można już było pokazać sowieckich żołdaków mordujących starców, gwałcących kobiety w wieku nawet własnych babć i grabiących, co popadnie. Wszystko to: wielka historia, melodramat, pomorski „zmierzch bogów”, nie składa się jednak w „Kamerdynerze” w jedną całość, film na zmianę nuży i irytuje, zwłaszcza od chwili, kiedy na ekranie pojawia się Sebastian Fabijański. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tę najbardziej przereklamowaną gwiazdeczkę polskiego kina wybrano do roli Mateusza Krolla. Obawiam się, że wygrała kalkulacja „młody, popularny, grał u Patryka Vegi, to przyciągnie publikę, a przy okazji może udźwignie i jakoś zgra”. Otóż nie udźwignie i nie zagra, pozostawiając po sobie jedynie wrażenie najbardziej rozczochranego Kaszuby w dziejach. Z pozostałymi rolami nie jest lepiej. Zydek jako Marita i Sabat jako Kurt – jednowymiarowi. Adam Woronowicz w roli głowy rodziny von Krauss – także bez wyrazu, jak na pruską nemezis Pomorza mocno za miękki, rozhisteryzowany. W „Magnacie” stary von Teuss (Jan Nowicki) i jego następca Franzel (Olgierd Łukaszewicz) brali się ze światem za bary, chcieli rzucić się historii do gardła, wyszarpać, co swoje, wstrzymać zegar historii. Była w tym wielkość i była
tragedia. Von Krauss w „Kamerdynerze” już tylko jojczy (bodaj po trzykroć w różnych miejscach fabuły), że nadchodzą złe czasy. Da się oglądać Annę Radwan jako panią von Krauss, Borysa Szyca w roli Fryderyka (brata pana domu), Janusza Gajosa jako Bazylego Motkego, choć i on zbyt często gra na tę samą nutę, tym samym uśmiechem.
W imię poprawności Najbardziej boli, że zdecydowana większość bohaterów nie przechodzi na oczach widza żadnej ewolucji, zostają tacy, jakich wrzucono ich na ekran za pierwszym razem. Wyjątkiem jest Motke, trochę też stary von Krauss (acz dopiero pod koniec filmu). Główny bohater, nieszczęsny tytułowy kamerdyner i bękart Mateusz Kroll, wciąż pozostaje tym samym ponurym amantem bez właściwości, tyle że ze zmienianą charakteryzacją. I najgorsze, że nie ma w tym wszystkim żadnej większej metafory, żadnego przesłania – poza tym, że kto zrodził się na tych ziemiach w wieku XX, ten miał przechlapane. Zły, nieudany film, w którym gdzieniegdzie błyskają tylko kawałki złota, przypominając, że mogłoby być z tego wielkie kino. Zaskakujący moment, kiedy dawny nauczyciel muzyki objawia się Mateuszowi w nowej roli. Charakterystyczny dla stylu Bajona powolny wjazd kamery w scenę, kiedy pani von Krauss decyduje, że zaopiekuje się sierotą. Ładnie ustawiony fragmencik, kiedy pan domu po raz pierwszy (choć tylko gestem) przyzna się do nieślubnego syna. Kapitalny pomysł na chwilę wkroczenia sowieckich grabieżców do pałacu von Kraussów, proszę zwrócić uwagę, jak zmieni się muzyka dobiegająca z gramofonu. Okruchy, okruchy, tylko okruchy. I jeszcze smutek z powodu nowej poprawności patriotycznej. Widzę już po recenzjach z prawej strony, że skoro to opowieść o złych Niemcach i nie lepszych Rosjanach, to musi się podobać. A umieszczenie w pierwszej linijce podziękowań za pomoc w realizacji nazwiska wiceministra kultury wystarcza jako legitymizacja dzieła. Otóż nie. Nie musi się podobać i nie może wystarczać. „Kamerdyner” to podobnie jak niedawny „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” zmarnowana szansa.