Biznesmen odkrywa, że padł ofiarą kradzieży tożsamości — ktoś regularnie czyści mu konto — i sam rusza tropem oszustki. Główną słabością komedii jest eksploatowanie zgranych schematów — niedobranej pary w drodze oraz zderzenia miłego japiszona z bezczelną dziewczyną z nizin — a większość żartów jest nieświeża. Najpoważniejszy zarzut dotyczy źle zbudowanych postaci: bohater zamiast współczucia budzi zdenerwowanie, a złodziejka okazuje się płaska i odpychająca, przez co nie ma komu kibicować, mimo że stawką jest czyjeś życie, praca i rodzina.
Miałem złe przeczucia już w kinie, kiedy kilka miesięcy temu można było oglądać zapowiedź tego filmu. Rzadko spotyka się komedię, w której zwiastunie nie ma ani jednej zabawnej sceny. A przecież to kolejny film reżysera całkiem udanej satyry „Szefowie wrogowie” czy paru niezłych telewizyjnych seriali.
Sympatyczny biznesmen odkrywa, że ktoś w jego imieniu wydaje spore sumy. Sprawa szybko staje się jasna, padł ofiarą kradzieży tożsamości – ktoś podszywający się pod niego regularnie czyści mu konto. Bla, bla, bla, wychodzi na to, że sam musi złapać złodzieja, nie takie głupie zawiązania akcji widział świat komedii. Pan Patterson (Jason Bateman znany z „Szefów wrogów”) rusza tropem Diany (Melissa McCarthy znana z filmu „Druhny”).
Dlaczego „Złodziej tożsamości” nie śmieszy? Dlatego, że próbuje wyżyłować po raz kolejny parę zgranych schematów (wymieńmy dwa: niedobrana para w drodze oraz „miły japiszon kontra bezczelna dziewucha z nizin”).
Dlatego, że większość żartów jest nieświeża. Jednak przede wszystkim dlatego, że źle zbudowano główne postacie: pan biznesmen zamiast współczucia budzi zdenerwowanie, a pani złodziejka zamiast czarować mieszanką cech fascynujących i irytujących, okazuje się indywiduum płaskim, głupim i odpychającym. Nie ma za bardzo komu kibicować, a sprawa w sumie jest dość poważna – chodzi o czyjeś życie, czyjąś pracę i rodzinę, a nie o typowe fikcyjne hollywoodzkie bimbaliony dolarów w walizkach. Szkoda czasu.