Trzej bezrobotni przyjaciele ze Śląska po wyjeździe do Warszawy trafiają na kacu do Zamościa, gdzie lokalne władze biorą ich za niemieckich inwestorów. Piotr Gociek ocenia komedię jako pozbawioną wdzięku, opartą na prymitywnych stereotypach, koślawym niemieckim akcencie i obrażaniu Polaków; drugą gwiazdkę przyznaje wyłącznie za kilka w miarę zabawnych scen z Pawłem Domagałą.
– Chciałem, żeby ten film miał wdzięk – twierdzi reżyser i scenarzysta „Wkrę- conych” Piotr Wereśniak. Nie- stety, jest to wdzięk koparki. W polskich kinach obejrzało ten film 826 tys. widzów. To fatalna wiadomość, bo oznacza, że wciąż można sprzedać naszemu widzowi czerstwy kit. Trójka przyjaciół ze Śląska zatrudnionych w fabryce samochodów traci robotę. Ponieważ w polskiej komedii bohater to z definicji idiota, jedyne, co przychodzi im do głowy, to pojechać do Warszawy na dziwki i wódkę. W drodze powrotnej błądzą na kacu, aż trafiają do Zamościa, gdzie lokalne władze biorą ich za niemieckich biznesmenów szuka- jących miejsca pod fabrykę. Lokalne żony, córki i dziewczęta na ich widok zachowują się jak dziwki, a mieszkańcy jak kretyni skrzyżowani z burakami pastewnymi. Marzeniem Polki jest w tym filmie oddać się niemieckiemu gachowi, marzeniem Polaka – narąbać się i pójść na dziwki. Główne źródła komizmu to mówienie z koślawym niemieckim akcentem i chciwość głupich Polaczków. Aż dziw, że gdzieś na plan nie przyplątał się Borys Szyc, nadwiślański król komedii debilnej. „Życie jest małą ściemniarą, francą, wróblicą, cwaniarą” – śpiewa w piosence promującej film „Wkręceni” Igor Herbut. Nie ma racji. Ściemniarzami, i to wielkimi, są twórcy tego nieszczęsnego dzieła. Drugą gwiazdkę dodałem tylko z powodu kilku w miarę zabawnych scen z udziałem Pawła Domagały. •