Historia czarnoskórego służącego pracującego w Białym Domu za rządów ośmiu prezydentów mogła stać się wnikliwym obrazem przemian amerykańskiej obyczajowości, lecz według Piotra Goćka skończyła jako śmiertelnie nudna agitka. Nie pomaga parada gwiazd, a szczególnie sztywna jest Oprah Winfrey; jedynym aktorskim wyjątkiem pozostaje świetny Forest Whitaker jako Cecil Gaines. Recenzent krytykuje sprowadzenie wielkiej historii walki o prawa obywatelskie do oczywistych tez i hołdu złożonego Barackowi Obamie.
Swoim poprzednim filmem, nastrojowym kryminałem „Pokusa”, Lee Daniels udowodnił, że talentu i pasji mu nie brakuje. „Kamerdyne- rem” zaciera dobre wrażenie. Historia czarnoskórego słu- żącego pracującego w Białym Domu pod rządami ośmiu prezydentów USA była bez wątpienia materiałem na dzieło wybitne, a skończyło się na agitce. Nie pomogły parada utalentowanych wspólników ani sławy takie jak Vanessa Redgrave, Robin Williams, John Cusack czy Oprah Winfrey. Szczególnie ta ostatnia bije rekordy aktorskiego sztywniactwa. Szkoda zmarnowanej szansy, bo mogło powstać coś równie wnikliwe- go jak serial „Mad Men”, odnotowujący przemiany amerykańskiej obycza- jowości w latach 50. i 60. XX w. W przypadku historii Cecila Gainesa (gra go świetnie – to jedyny wyjątek – Forest Whitaker) ramy były jeszcze szersze, bo od kadencji Eisenhowera do Reagana. Śmiertelnie nudny film Danielsa ogranicza się do konstatacji, że to niedobrze, kiedy odmawia się czarnym praw obywatelskich oraz – pod koniec – do złożenia hołdu Ba- rackowi Obamie, którego urzędowanie jest tu przedstawione jako logiczny finał długiej i jedynie słusznej walki.