Historia czarnoskórego kamerdynera zatrudnionego w Białym Domu za rządów ośmiu prezydentów — od Eisenhowera do Reagana — była materiałem na dzieło wybitne, wnikliwe jak serial „Mad Men”, lecz skończyło się na śmiertelnie nudnej agitce. Główną słabością filmu jest sprowadzenie wielkiej historii walki o prawa obywatelskie do oczywistej konstatacji, że odmawianie czarnym praw było złe. Nie ratuje go parada gwiazd — Oprah Winfrey bije rekordy aktorskiego sztywniactwa — a jedynym wyjątkiem pozostaje świetny Forest Whitaker jako Cecil Gaines.
Swoim poprzednim filmem, nastrojowym kryminałem „Pokusa”, Lee Daniels udowodnił, że talentu i pasji mu nie brakuje. „Kamerdyne- rem” zaciera dobre wrażenie. Historia czarnoskórego słu- żącego pracującego w Białym Domu pod rządami ośmiu prezydentów USA była bez wątpienia materiałem na dzieło wybitne, a skończyło się na agitce. Nie pomogły parada utalentowanych wspólników ani sławy takie jak Vanessa Redgrave, Robin Williams, John Cusack czy Oprah Winfrey. Szczególnie ta ostatnia bije rekordy aktorskiego sztywniactwa. Szkoda zmarnowanej szansy, bo mogło powstać coś równie wnikliwe- go jak serial „Mad Men”, odnotowujący przemiany amerykańskiej obycza- jowości w latach 50. i 60. XX w. W przypadku historii Cecila Gainesa (gra go świetnie – to jedyny wyjątek – Forest Whitaker) ramy były jeszcze szersze, bo od kadencji Eisenhowera do Reagana. Śmiertelnie nudny film Danielsa ogranicza się do konstatacji, że to niedobrze, kiedy odmawia się czarnym praw obywatelskich oraz – pod koniec – do złożenia hołdu Ba- rackowi Obamie, którego urzędowanie jest tu przedstawione jako logiczny finał długiej i jedynie słusznej walki.