Miniserial opowiada o szmacianej zabawce, króliku Ollie, który trafia do sklepu ze starzyzną i wyrusza w podróż, by odnaleźć chłopca imieniem Billy, z którym łączyła go dziecięca przyjaźń. Towarzyszą mu dwie inne zagubione zabawki, a wspólna wędrówka z fragmentów wspomnień odtwarza przeszłość Billy'ego, w której nie brakuje trudnych chwil. Warstwa wizualna jest przez większość czasu urocza, choć historia potrafi też przerażać, bo twórcy odważnie rozmawiają z dziećmi o żalu i rozstaniu. To mądra i przejmująca opowieść dla dzieci i dorosłych.
„Zaginiony Ollie” to opowieść podobna z początku do „Toy Story”, ale ostatecznie dużo mroczniejsza. Zatem bajka bardzo prawdziwa: do krzepiącego przesłania docieramy poprzez chwile, które łamią nam serce. Tytułowy królik Ollie, szmaciana zabawka, trafia do sklepu ze starzyzną. Niewiele pamięta: nie wie, jak właściwie się tu znalazł i co mu się przytrafiło, jednego jest jednak pewien – ma najlepszego przyjaciela na świecie, chłopca imieniem Billy, chłopca, którego musi odnaleźć. Przysięgali sobie przecież wieczną przyjaźń. Co poszło nie tak? Niespodziewanym towarzyszem podróży Olliego przez wielki świat okaże się przedziwna figura – Zozo wyglądający niczym klaun, ewidentnie zabawka po ciężkich przejściach, o czym świadczą choćby chałupniczo dorabiane nogi. I jeszcze jeden życiowy rozbitek, dziewczynka miś imieniem Rosy, nieufna i wojownicza. Niczym w dobrym thrillerze wędrująca trójka próbuje odtworzyć przeszłość z fragmentów wspomnień Olliego, licząc na to, że ułożą się w mapę prowadzącą do Billy’ego. Po drodze czekają trolle, wielka rzeka, biała wieża, Mark Twain (aczkolwiek niekoniecznie on sam) i wiele innych niespodzianek. Jednocześnie w retrospekcjach poznajemy życie Billy’ego, czyli przeszłość naszego królika. Nie wszystko w niej jest dobre, przede wszystkim dlatego, że matka chłopca dotknięta zostaje poważną chorobą. Serial powstał na podstawie książki Williama Joyce’a, której polskie wydanie (przepięknie ilustrowane) właśnie ukazało się nakładem Poradni K, literacki oryginał trochę się jednak od serialu różni. Przy produkcji połączyli siły twórcy dwóch najlepszych animacji ostatnich lat, czyli filmów „Spider-Man Uniwersum” oraz „Kubo i dwie struny”. Choć w warstwie wizualnej jest to przez większość czasu (miniseria liczy cztery odcinki) historia przeurocza, to w pewnym momencie robi się przerażająca. Jej twórcy rozumieją, że z dziećmi trzeba rozmawiać na poważnie i o poważnych sprawach, rekomenduję więc oglądanie wspólne. To nie tylko historia o tym, że musimy się żegnać także z tym, co kochamy. Przede wszystkim o tym, że żal, rozpacz i gorycz mogą zatruć i zniszczyć życie – zarówno zabawki, jak i całkiem dorosłego człowieka. Od lat nie można było zobaczyć równie mądrego filmu dla dzieci. Tych małych i tych całkiem dużych.