Film Andrew Dominika, oparty na powieści Joyce Carol Oates o Normie Jeane, przenosi jej historię na ekran w dusznym, koszmarnym klimacie przypominającym kino Davida Lyncha. To najbardziej dojrzałe pod względem języka filmowego dzieło reżysera, nagrodzone owacją na stojąco w Wenecji, pełne powracających symboli kół i luster. Ana de Armas w roli głównej jest fenomenalna, a opowieść pokazuje, jak świat miażdży tych, którzy nie są gotowi na jego bezwzględne reguły.
O nieprzekładalności literatury na film – „Jej woskowoblada skóra wydzielała fale ciepła jak ulice w letnim słońcu” – czytam w powieści Joyce Carol Oates „Blondynka”. Nie da się takich melodii przełożyć na film, musiał więc reżyser Andrew Dominik ułożyć historię po swojemu, upraszczając kolaż literacki o… Marilyn Monroe? Nie, powieść Oates jest powieścią o Normie Jeane, dziewczynie, która odtrutki na niezbyt udane życie szukała w drodze ku ekranowi i sławie, a potem przemieniła się w symbol. Symbole są zaś własnością publiczną, każdy rości sobie do nich prawo. A w Hollywood przybiera to wymiar dosłowny, stąd wcześnie w filmie pojawia się scena, w której Znany Producent gwałci aspirującą debiutantkę.
Trudno streszczać „Blondynkę” bez popadania w banał: poszukiwanie miłości, akceptacji, rozszczepienie na istotę cierpiącą prawdziwie i jej kolejne ekranowe wizerunki. „To nie jestem ja” – mówi zdumiona i załamana dziewczyna po filmowym debiucie, po tym, gdy ujrzała siebie samą uwiecznioną w celuloidzie. Książka Oates nie była (i nie miała być) rzetelną biografią i reżyser tej zasady przestrzega, nadając historii duszny klimat koszmaru niczym z filmów Davida Lyncha. Jeśli chodzi o wykorzystanie języka kina, to jest to najbardziej dojrzałe dzieło Andrew Dominika; długa owacja na stojąco po pokazie na festiwalu w Wenecji była zasłużona. Powracają kluczowe symbole: koła i lustra. Zwłaszcza ten ostatni jest ważny – ekran jest lustrem, obiektyw kamery jest lustrem, podobnie zdjęcia prasowe młodziutkiej pin-up girl. Ale lustrem są też oczy tych wszystkich, którzy, patrząc na udręczoną bohaterkę, roszczą sobie do niej prawo. Oczywiście widzą co innego: które z odbić jest realne, gdzie jest prawdziwa Norma Jeane? A na de Armas w roli głównej jest fenomenalna, zgadzam się. Odrzucam natomiast oskarżenia „Blondynki” o seksizm, epatowanie przemocą i szokiem, lewica dorzuca do tego jeszcze zarzut propagandy antyaborcyjnej, zirytowana faktem, że aborcja i lęk przed aborcją pogłębiają traumę bohaterki. Oto opowieść o tym, jak świat miażdży tych, którzy nie są przygotowani do przestrzegania jego podłych reguł i marzą o czymś więcej. Dzieje się tak nie tylko w Hollywood, lecz także w show-biznesie widać to akurat najwyraźniej.