Fincher łączy thriller, dramat małżeński i bezlitosną satyrę na medialny cyrk.
Dwa najbardziej niepokojące i zdecydowanie warte uwagi filmy ubiegłego roku zostały zgodnie zlekceważone przez akademię filmową przyznającą Oscary. Pierwszy to „Nocny łowca” z Jakiem Gyllenhaalem, drugi to „Zaginiona dziewczyna” Davida Finchera. Pierwszy ostro (i nieprzyjemnie) pokazywał kulisy mediów i show-biznesu, drugi bezlitośnie przygląda się „idealnej amerykańskiej rodzinie”. Tytułowa zaginiona to mężatka o pięcioletnim stażu, której zniknięcie zgłasza mąż – prawdziwy amerykański złoty chłopak. Zachowuje się jednak podejrzanie… Ekranizacja powieści Gillian Flynn sprawdza się zarówno jako thriller (co naprawdę stało się z panią Dunne i dlaczego?), mocne kino obyczajowe (co kryjecie za drzwiami pięknych domów, kochani?), jak i oskarżenie pod adresem medialnego cyrku i jego wpływu na rzeczywistość (czy naprawdę wiecie, co jest grane?). Fincher raz jeszcze pokazał, że jest reżyserem znakomitym i że najlepiej wychodzą mu opowieści dwuznaczne. Dlatego „Zaginioną dziewczynę” w jego dorobku umieszczam wyżej od bardzo zręcznych, lecz konwencjonalnych „Social Network” czy „Azylu”. Bliżej „Fight Clubu” i „Siedem”.