Osadzona w niedalekiej przyszłości opowieść o załodze stacji orbitalnej, która eksperymentami fizycznymi próbuje rozwiązać kryzys energetyczny Ziemi, została na siłę doklejona do serii Cloverfield i nie dorasta poprzednim częściom do pięt. Główna słabość to recykling motywów znanych z innych filmów i seriali SF — od Ukrytego horyzontu, przez Obcego, po Star Trek. Całość zagrana i opowiedziana jest z nonszalancją, która nie przystoi klasowym produkcjom; wymowne, że Paramount zrezygnował z premiery kinowej i od razu sprzedał film Netflixowi.
Nieodległa przyszłość, Ziemia cierpi z powodu braku energii. Nadzieją ludzkości jest kosmiczna stacja orbitalna, na której prowadzone są eksperymenty fizyczne, których celem jest znalezienie nowego źródła zasilania. Międzynarodowa załoga jest na skraju wyczerpania nerwowego, ale uwaga – gdy nadejdzie sukces, okaże się to początkiem jeszcze większych kłopotów, z pojawieniem się alternatywnego wszechświata włącznie. Film na siłę doklejony jest do nieformalnej serii („Projekt: Monster” i „Cloverfield Lane 10”), ale nie dorasta im do pięt. Po pierwsze, bo to recykling motywów znanych z innych filmów i seriali SF (od „Ukrytego horyzontu”, przez „Obcego”, do „Star Trek”). Po drugie, bo zagrany i opowiedziany jest z nonszalancją, która nie przystoi klasowym produkcjom. Nic dziwnego, że studio Paramount, które wyprodukowało to dziełko, zrezygnowało z wprowadzania go do kin i od razu sprzedało Netflixowi – podobno za 50 mln dol.