Kogonada przenosi tu wideoesejową wrażliwość w opowieść o techno-sapiens Yangu (Justin H. Min), sztucznej istocie kupowanej jako rodzeństwo i opiekun dla dzieci. Gdy android się psuje, jego właściciel Jake (Colin Farrell), przeglądając zarejestrowane przez Yanga wspomnienia, odkrywa nie tylko jego sekretne życie, lecz też własną rodzinę w nowym świetle. Niskobudżetowy, lecz zachwycający każdym kadrem film staje się intymną medytacją o człowieczeństwie i szczęściu, inspirowaną twórczością Ozu.
Czy chcielibyśmy wskrzesić ulubioną lodówkę? Raczej nie. Z ukochanym psem poważniejsza sprawa. Techno-sapiens imieniem Yang (gra go Justin H. Min) to coś więcej niż jedno i drugie. W filmie południowokoreańskiego krytyka i reżysera kryjącego się pod pseudonimem Kogonada oglądamy przyszłość, w której powszechną praktyką jest kupowanie sztucznych istot służących za rodzeństwo i opiekunów prawdziwym dzieciom. Kiedy Yang się zepsuje, możliwości są dwie: naprawić albo zutylizować. A gdy naprawić się nie da? W przypadku lodówki wybór byłby prosty. Ale Yang… Yang jest czymś więcej. Wiele mieliśmy podobnych rozważań, ale Kogonada wznosi je na najwyższy artystyczny poziom. Jego film, zachowując wszelkie cechy kina gatunkowego (jest odpowiedni sztafaż, jest zagadka, a nawet dwie), staje się medytacją na temat tego, czym w istocie jest człowieczeństwo, co czyni nas wyjątkowymi i decyduje, że jesteśmy szczęśliwi. Wewnątrz Yanga kryje się eksperymentalne oprogramowanie; twórcy dali mu możliwość rejestrowania chwil, które uważa za szczególnie cenne. Co wybierze sztuczna istota? Czym się będzie kierować? Przeglądając nagrania Yanga, jego właściciel Jake (Colin Farrell) odkrywa życie sekretne techno-sapiens, ale spogląda także na życie własnej rodziny w zupełnie nowy sposób. Imponujący jest sposób, w jaki opowiedziana została ta historia. To kino niskobudżetowe, ale zachwycające każdym kadrem. Kogonada to uznany twórca wideoesejów, nowej formy krytyki filmowej, w której pogłębiony komentarz towarzyszy montażowi omawianych cech dorobku danego twórcy lub pojedynczego dzieła. Twórca „Yanga” nakręcił takie eseje m.in. o Robercie Bressonie czy Stanleyu Kubricku, ale jego ukochanym reżyserem pozostaje Yasujirō Ozu, geniusz japońskiego kina, którego twórczości poświęcił dwie prace. Widać tę fascynację Ozu (twórcą „Tokijskiej opowieści” czy „Dryfujących trzcin”) w „Yangu” w opowiadaniu obrazem, w delikatności i intymności całego filmu. O tym, że kluczowy po pojawieniu się sztucznego człowieka będzie egzamin nie z jego, lecz z naszego człowieczeństwa, fantastyka już opowiadała. Być może ów przybysz nawet nas wzbogaci? Jeśli to optymizm, to tragiczny. Bo co się, u diabła, z nami stało, jeśli życia musi nas uczyć Yang?