Wytrawny dokument kreśli pełen podziwu, lecz nieupiększony portret Anthony'ego Bourdaina, śledząc jego drogę od utalentowanego kucharza do światowej ikony oraz osobistej autodestrukcji.
Był Anthony Bourdain człowiekiem niezwykle utalentowanym i lubiłem niemal każde z jego wcieleń. Mistrz kuchni – nie jadłem nigdy u niego, ale jestem pewien, że by mi smakowało; autor wybornie napisanych książek (nie tylko osławionej „Kill Grill”), wreszcie osobowość telewizyjna. Przy czym kluczowe jest słowo „osobowość”. Miał tę charyzmę, ten luz, tę niezwykłą umiejętność, dzięki której, gdy pojawiał się na ekranie, potrafił nim zawładnąć całkowicie. Oglądali go i kochali widzowie z całego świata. Wskrzeszający go dokument Morgana Neville’a to wytrawna robota. Autor (nagrodzony Oscarem za „O krok od sławy”) zgromadził świadectwa imponującej grupy przyjaciół, współpracowników oraz członków rodziny kucharza pędziwiatra. Próbując opowiedzieć jego barwne i burzliwe życie, starał się jednocześnie dociec, dlaczego skończyło się tak źle, skoro było tak piękne. Przypomnijmy, Bourdain powiesił się na pasku od szlafroka w alzackim hoteliku.
atwo być mądrym po fakcie, ale wcale nie musiał zostać gwiazdą. Świat pełen jest utalentowanych, inteligentnych ludzi, którzy kończą niespełnieni, których zżerają nałogi, którym nigdy nie udaje się postawić ostatniego, prowadzącego do prawdziwego sukcesu kroku. Bourdainowi się udało, ale o swych czarnych dniach pisał i opowiadał bez ogródek. Ponadto sukces niszczył jego życie rodzinne – zawsze był z dala od domu, ciągle w podróży,
coraz bardziej odległy. Za rodziną tęsknił, od rodziny uciekał. Był gdzieś pomiędzy. Chciał więcej. Podobnie stało się z jego ambicjami na polu zawodowym – w pewnej chwili sumienie zaczęło mu podpowiadać, by ze świadka tego, co złe na świecie (a podróżował w wiele ponurych miejsc), zamienić się w zbawcę; czuł się jednak w tej roli niespełniony i też zawieszony pomiędzy: telewizje oczekują chwytliwego towaru obrazkowego, a nie naiwnych politycznych manifestów. Wreszcie dobił go romans wieku emerytalnego, zakochał się bez pamięci w dużo młodszej aktorce (Asia Argento), która miała być tą jedyną, ale nią nie była. Ostatecznie wypada tę opowieść postawić na półce gdzieś obok biografii gwiazd rocka, które szybko stawały się globalnymi ikonami, budowały wokół siebie kult i legendę, a na końcu wpadały w otchłań. W pustkę, w tę zgubną szczelinę gdzieś pomiędzy kolorową fikcją a realem. Stamtąd nie wraca nawet sygnał telewizyjny.