Dwunasta kinowa odsłona serii o mutantach to blady cień filmu z 2000 roku — mimo zmian obsady i tonacji podstawowe elementy historii się powtarzają, a jedyna nowość, misja ratunkowa na orbicie, daje tylko chwilowy efekt świeżości. Główną słabością jest rola Sophie Turner jako Jean Grey: aktorka bardziej jest obecna na ekranie, niż gra, podczas gdy Famke Janssen nadała niegdyś tej postaci wyraźniejszy tragizm przy skromniejszych efektach specjalnych.
Bohaterowie są zmęczeni. Dwunasty kinowy film o mutantach zwanych X-Menami to ledwie blady cień pierwszej odsłony serii, którą był film Bryana Singera z roku 2000. Po drodze zmieniały się obsada i tonacja, ale nie zmieniały się podstawowe elementy historii, więc niemal wszystko widzieliśmy już wcześniej. Nowością jest wyprawa X-Menów na misję ratunkową na orbitę, co daje na moment efekt świeżości, który jednak szybko mija. Rolę Jean Grey, tytułowej Phoenix, powierzono Sophie Turner, która bardziej jest obecna na ekranie, niż gra. Dwie dekady temu Famke Janssen dała tej postaci o wiele wyraźniejszy rys tragiczny, choć potrzebowała do tego o wiele mniej efektów specjalnych. Serię o mutantach czeka nowe otwarcie wiosną przyszłego roku (film „The New Mutants”). Nie warto czekać, zwłaszcza że na czarne charaktery wybrano chrześcijańskich fundamentalistów.