Sensacyjna opowieść o rosyjskiej zabójczyni na usługach KGB, marzącej o wolności, okazuje się kiepską podróbką „Nikity” sprzed niemal trzech dekad. Filmowi brakuje oryginalności, emocji i Bessonowskiego poczucia humoru, a Sashy Luss w głównej roli — charyzmy. Najlepiej wypada Aleksander Pietrow w epizodycznej roli moskiewskiego chłopaka bohaterki, co źle świadczy o reszcie gwiazdorskiej obsady. Sceny z bohaterką w skąpej bieliźnie nie przesłaniają wrażenia byle jakiej rozrywki, wymuszonej kłopotami finansowymi wytwórni EuropaCorp i reżysera.
Rosyjska piękność na żołdzie KGB postawiona przed prostym wyborem: zginąć albo zacząć zabijać dla ojczyzny. Kiedy w grę wmiesza się jeszcze CIA, zabijania przybędzie. Anna ma jednak dobre serduszko i marzy o wolności. Sensacyjna fantazja Luca Bessona jest kiepską podróbką jego własnej „Nikity” sprzed niemal trzech dekad. Brak tu i oryginalności, i emocji, i Bessonowskiego poczucia humoru. A Sashy Luss w roli killer babe brak także charyzmy. W obsadzie najlepiej wypada Aleksander Pietrow jako wstrętny moskiewski chłopak Anny. Biorąc pod uwagę, że pojawia się ledwie na parę minut, mówi nam to wiele o pracy reszty gwiazdorskiej ekipy. Liczne parady głównej bohaterki w skąpej bieliźnie nie są w stanie przesłonić tego, że „Anna” robi wrażenie rozrywki byle jakiej, wymuszonej finansowymi kłopotami wytwórni EuropaCorp i samego reżysera.