Kinowy restart przygód Hellboya w reżyserii Neila Marshalla zamienia serię w absurdalnie dosłowny horror kategorii B, pozbawiony oryginalności, czarnego humoru i zachwycającej warstwy wizualnej znanych z filmów Guillerma del Toro. Historia powracającej do żywych czarodziejki, z którą Hellboy może walczyć lub się sprzymierzyć, rozsypuje się na krwawe epizody, a nielicznych żartów nie sposób uznać za ratunek. Istotną słabością jest też brak pomysłu na relacje między bohaterami — ich losy nie budzą już emocji.
Zamiast domknięcia trylogii po dwóch filmach Guillerma del Toro czerwony mruk z piekła rodem, czyli Hellboy, doczekał się kinowego restartu. Nie było warto. Del Toro znalazł sposób na przekucie komiksów Mike’a Mignoli w trochę surrealistyczne baśniowe opowieści w duchu Neila Gaimana. Były w tych filmach oryginalność, czarny humor i zachwycająca warstwa wizualna. Czyli wszystko to, czego nie ma w nowym filmie Neila Marshalla. „Hellboy” pod jego ręką zamienił się w absurdalnie dosłowny horror kategorii „B”, którego nie ratują nieliczne żarty. Poćwiartowana przed wiekami czarodziejka powraca do żywych i pragnie pomsty. Hellboy może ją zniszczyć lub się z nią sprzymierzyć. Ot, wszystko: fabuła rozsypuje się na krwawe epizody. Brak też pomysłu na relacje między bohaterami. Del Toro potrafił sprawić, że przejmowaliśmy się ich niedolą, oglądając nową wersję, wzruszamy ramionami.