Samotny żeglarz walczy o przetrwanie na Oceanie Indyjskim, a całą opowieść dźwiga jedyny aktor, Robert Redford. Jego wybitna kreacja i zaufanie reżysera J.C. Chandora sprawiają, że film wykracza poza kino survivalowe ku metaforze społecznej i ekonomicznej.
Nowy film reżysera znakomitej „Chciwości” to propozycja radykalna, więc nie dla każdego. Podzieli odbiorców na zaprzysięgłych fanów oraz równie zdecydo- wanych „hejterów”. W filmie gra jeden aktor (sic!), a fabuła to opowieść o samotnej walce o przetrwanie na bezmiarze Oceanu Indyjskiego. I łatwo byłoby rzecz całą włożyć do przegródki „kino artystyczne tylko dla freaków”, gdyby nie to, że owym jedynym aktorem jest Robert Redford. Reżyser J.C. Chandor w „Chciwości” pokazał, że wie, jak wykorzystać poten- cjał i talent obsady. W tamtej opowieści o krachu na giełdzie wykrzesał coś nawet z Demi Moore. We „Wszystko stracone” zaufał Redfordowi, który bez wątpienia stworzył kreację wybitną. Sam film mocno wykracza poza ramy kina surwiwalowego w typie „Cast Away”. Tak jak kiedyś u Ernesta Hemingwaya czy Jacka Londona chodzi też o coś więcej niż zmaganie się człowieka z nieubłaganymi siłami natury. Bez- imienny bohater grany przez Redforda (określony jest tylko jako „our man”) to przede wszystkim przedstawiciel świata sytego i rozpieszczonego, a splot okoliczności, który nakazuje mu walczyć o życie, okaże się także metaforą społeczno-ekonomiczną (warto zwrócić uwagę na to, co wywołało katastrofę, oraz z jakimi produktami świata i z jakiego powodu styka się Redford podczas swojej odysei).