Komedia o świecie iluzjonistów, w której staromodny duet magików (Steve Carell i Steve Buscemi) rywalizuje z granym przez Jima Carreya szaleńcem okaleczającym się na wizji w stylu „Jackass”. Choć całość pomyślana jest jako metafora współczesnej, głównie telewizyjnej rozrywki, film okazuje się równie sztampowy i głupi jak świat, który demaskuje. Naprawdę śmieszna jest tylko jedna scena, a reszta marnuje potencjał świetnej obsady — w tym Jamesa Gandolfiniego, który w ostatniej kinowej roli nie dostaje okazji, by pokazać możliwości.
W ostatniej dekadzie średni poziom filmów o magikach poszybował ostro w górę. Zarówno „Prestiż” z Christopherem Bale’em, jak i „Iluzjonista” z Edwardem Nortonem okazały się filmami stylowymi, inteligentnymi, zaskakującymi i niegłupimi. No i nie były filmami o scenicznej magii. Sztuka iluzji była w nich częścią innej metafory: „Prestiż” był rzeczą o sukcesie za wszelką cenę i niebezpieczeństwach postępu, a „Iluzjonista” historią miłosną. „Niewiarygodny Burt Wonderstone” także jest metaforą. Świat magików wyciągających króliki z kapelusza jest tu odwzorowaniem świata współczesnej rozrywki w ogóle (ale głównie telewizyjnej). Z jednej strony mamy parę staromodnych iluzjonistów (Steve Carell i Steve Buscemi) powtarzających od lat te same sztuczki, z drugiej – szaleńca granego przez Jima Carreya, który okalecza się na wizji, dostarczając gawiedzi wrażeń tego typu co kolesie z „Jackass” (zresztą sama nazwa owego show – „Gwałciciel mózgów” – wyjaśnia wszystko). Czy prawdziwa sztuka iluzji pokona krwawe wygłupy neobarbarzyńcy? Czy duet przyjaciół odkryje w sobie zapomniane pokłady przyjaźni i znów będzie cieszył się sztuką magiczną? Czy publiczność wybierze słusznie? „Niewiarygodny Burt Wonderstone” to amerykańska komedia dla wszystkich, więc chyba znacie odpowiedzi na powyższe pytania.
Jest w tym filmie jedna naprawdę śmieszna scena: kiedy Carell i Buscemi (tu chyba najlepiej wypadający na ekranie) gotują pewne importowane zioło w wielkim garze. Reszta to marnowanie potencjału naprawdę dobrych aktorów – wystarczy wspomnieć, że mamy tu ostatnią kinową rolę Jamesa Gandolfiniego, który jako chciwy impresario nie ma okazji pokazać nawet jednej szesnastej swoich możliwości. Czy naprawdę filmy demaskujące sztampowość i głupotę świata rozrywki same muszą być sztampowe i głupie?