Sądowy thriller z Keanu Reevesem w roli adwokata z Luizjany, który broni nastolatka oskarżonego o zamordowanie ojca. Mimo obciążających poszlak oskarżony milczy, a zeznania świadków rzucają nowe światło na ofiarę. Film wypada jednak jak podróbka dramatów sądowych Grishama: główne słabości to banalne dialogi, irytująca narracja z offu i historia zbyt uboga nawet na odcinek serialu, a Reeves gra monotonnie. Najlepiej broni się Renée Zellweger jako żona zamordowanego.
Adwokat z Luizjany (przeciętny, bo monotonny Keanu Reeves) broni nastolatka oskarżonego o zamordowanie ojca. Chłopaka znaleziono obok stygnącego ciała, jego odciski były na rękojeści, a pierwsze słowa do policji brzmiały: „Szkoda, że nie zrobiłem tego wcześniej”. W sądzie oskarżony nie mówi ani słowa, za to zeznania świadków przynoszą ciekawe fakty: zabity był kanalią, kłócił się z synem, znęcał się nad żoną. Jak przystało na podróbkę dramatów sądowych Grishama, w połowie trafimy na punkt zwrotny, który zmieni naszą perspektywę, a na zakończenie czeka nas jeszcze jedna przewrotka. To jednak za mało, bo dialogi są słabe i banalne, a natrętna narracja z offu irytuje. Fabuły nie wystarczyłoby nawet na epizod telewizyjnego serialu. Najciekawiej wypada Renée Zellweger w roli żony zamordowanego – o połowę chudsza niż w filmach o Bridget Jones.