W przeciwieństwie do poprzedniej części, która mimo wad miała fabułę i wyrazisty konflikt, film jest miksem kilku wątków połączonych jedynie obecnością kobiecych bohaterek — losy postaci splatają się bez logiki i prawdopodobieństwa, wyłącznie z woli scenarzysty. Główna słabość to nużąca składanka scen: bywają brutalne lub zabawne, lecz najczęściej żenujące, a bohaterowie znani z poprzedniego filmu zamieniają się w autoparodię. Poziom trzyma jedynie część obsady, która pojawia się na ekranie zbyt krótko.
Poprzedni „Pitbull” („Nowe porządki”) opowiadał (z grubsza) historię grupy mokotowskiej i jej szefa (Bogusław Linda). Nie było to arcydzieło, ale mieliśmy fabułę, wyrazisty konflikt i dobrze zagranego bohatera. Nowy „Pitbull” jest miksem kilku wątków, które łączy to, że pojawiają się w nich kobiety – żona gangstera, skorumpowana porucznik, początkująca policjantka itd. Z woli scenarzysty (bo logiki i prawdopodobieństwa brak) ich losy zahaczają o historię głównego bohatera – to bandzior „Cukier” z niemieckiego gangu motocyklowego zafascynowany Schopenhauerem. Film staje się nużącą składanką scen, które bywają brutalne lub zabawne, ale najczęściej żenujące. Postacie znane z poprzedniego filmu zamieniają się w autoparodię. Poziom trzymają Magdalena Cielecka, Andrzej Grabowski, Piotr Stramowski i Artur Żmijewski, ale pojawiają się na ekranie zbyt krótko.