Kryminał o mrokach handlu narkotykami w Tajlandii i toksycznej rodzinie, w której despotyczna matka zmusza syna do pomszczenia śmierci brata. Ryan Gosling powraca jako charyzmatyczny „dobry” bandzior, lecz w odróżnieniu od „Drive” film Nicolasa Windinga Refna nie oferuje nic ponad przesadnie wystylizowane obrazy — popłuczyny po Davidzie Lynchu i Quentinie Tarantino. Jedynym zaskoczeniem jest nie do poznania Kristin Scott Thomas jako matka-gangsterka w typie lady Makbet, co jednak nie ratuje seansu, na który szkoda czasu.
Ryan Gosling powraca w charakterystycznej dla siebie roli: charyzmatycznego „dobrego” bandziora, który nie waha się pobrudzić sobie dłoni cudzą krwią, gdy uważa, że sprawa jest słuszna. Jednak w odróżnieniu od „Drive” czy „Drugiego oblicza” film Refna nie oferuje widzowi nic ponad serię wystylizowanych do granicy przesady obrazów. To kryminalna opowieść o mrokach handlu narkotykami w Tajlandii oraz kompletnie popapranej rodzinie, w której despotyczna i toksyczna matka próbuje zmusić jednego z synów, by pomścił śmierć drugiego (który zginął, bo zgwałcił i zamordował 16-letnią dziewczynę). Postać matki to zresztą największe aktorskie zaskoczenie filmu. W dziwne skrzyżowanie mamuśki-gangsterki, lady Makbet i Cersei Lannister wcieliła się Kristin Scott Thomas (nie do poznania). Reszta to popłuczyny po Davidzie Lynchu i Quentinie Tarantino. Szkoda waszego czasu, co stwierdzam jednak ze smutkiem i z zaskoczeniem.