Piotr Gociek uznaje nową wersję „Ben-Hura” za niepotrzebny remake klasyka Williama Wylera z 1959 roku. Krytykuje uproszczenie historii Judy Ben-Hura i Messali, zmianę zakończenia, usunięcie ważnego etapu rzymskiej edukacji bohatera oraz odarcie postaci Chrystusa z tajemnicy przez dialogi przypominające tani telewizyjny film biblijny. Ulgę przynosi jedynie finałowy wyścig rydwanów, w którym wreszcie gra kamera zamiast bardzo przeciętnych aktorów.
Niepotrzebny remake klasycznego filmu z 1959 r. nagrodzonego 11 Oscarami. Dzieje Judy Ben Hura i jego przyjaźni z Rzymianinem Messalą zostały mocno uproszczone, zmieniło się też zakończenie. Zniknęła sekwencja rzymskiej edukacji zesłanego na galery bohatera, który przecież długo pracował, by stać się przybranym synem Rzymu i po latach otrzymał możliwość stanięcia oko w oko ze swym dawnym przyjacielem/wrogiem. „Opowieść o Chrystusie”, jak głosił w podtytule oryginał, u Wylera w 1959 r. obywała się bez twarzy Zbawiciela, który pozostawał tajemnicą. W nowej wersji Jezus spaceruje po planie i wygłasza teksty jak w tanim telewizyjnym filmie biblijnym. Obsada ubrana jest i zachowuje się jak na planie romansu dla nastolatków. Wytchnieniem jest finałowy wyścig rydwanów, bo przynajmniej gra tam kamera, a nie bardzo przeciętni aktorzy. © ℗