Thor zostaje wygnany na planetę Sakaar i zmuszony do walki na arenie, podczas gdy Hela podbija Asgard. Szalona akcja, humor, dialogi oraz role Chrisa Hemswortha, Marka Ruffalo, Cate Blanchett i Jeffa Goldbluma czynią film zarówno udanym widowiskiem, jak i znakomitą komedią.
Wciągu zaledwie sześciu lat kinowe opowieści o Thorze przeszły długą drogę. Spójrzmy na początek – w fotelu reżysera Kenneth Branagh, a na ekranie historia lekka, lecz dość konwencjonalna i mocno trzymająca się ziemi (oraz Ziemi). Film z roku 2011 przedstawiał co prawda we wstępie zaziemski świat zwany Asgardem oraz jego władców, ale to, co najważniejsze, rozgrywało się tu i teraz, bo aroganckiego Thora zesłano za karę na Ziemię. Była to zatem wariacja na dobrze znany temat – tak właśnie wyglądały filmy o komiksowych zaziemskich superherosach od czasów pierwszego „Supermana”: przybysz z daleka pojawia się pod naszym dachem, w ślad za nim przybywa kosmiczne niebezpieczeństwo, a relacje między obcym a ludźmi są nie tylko źródłem zagrożenia, lecz także komizmu. Dwa lata później, w filmie „Thor: Mroczny świat” (2013), dostaliśmy większy ładunek fantazji. Już nie pustkowia Nowego Meksyku, ale dużo fantastycznych pejzaży Asgardu i innych dalekich światów. Znów jednak chodziło o zwalczenie kosmicznego zagrożenia dla samej Ziemi, a finałowe sceny rozgrywały się w Londynie. Jednocześnie Marvel rozwijał konsekwentnie całe swoje kinowo-telewizyjne uniwersum, więc blondwłosy mięśniak z młotem mógł wystąpić gościnnie w filmach „Avengers” (2012) oraz „Avengers: Czas Ultrona” (2015). NIECHĘTNI KUMPLE Film najnowszy, czyli „Thor: Ragnarok”, katapultuje widza w krainę czystej fantazji i przesuwa klimat opowieści w kierunku humoru, szaleńczej akcji i dzikiej zabawy w stylu „Strażników Galaktyki”. Nie bez powodu. Na horyzoncie majaczy już bowiem film „Avengers: Infinity War”, który trafi do kin w roku 2018. W nim zaś okaże się, że by ocalić wszechświat, zespół superbohaterów z Ziemi musi połączyć
siły z kosmicznymi awanturnikami, czyli Strażnikami Galaktyki właśnie, a wszystkie historie i tropy rozrzucane po filmach Marvela od roku 2008 (od premiery pierwszego „Iron Mana”), połączą się ze sobą w wielkiej kulminacji. Niezależnie od tych wszystkich dodatkowych znaczeń „Thor: Ragnarok” broni się jako wielkie rozrywkowe widowisko, w dużej mierze dzięki robocie aktorskiej, bo efekty specjalne na odpowiednim poziomie to po prostu standard, jakiego dziś oczekujemy od każdej superprodukcji. Pokazać można wszystko, chodzi więc o to, kto i jaki zrobi z tego użytek. Twórcy nowego „Thora” błaznują nieźle i zatrudnili właściwych aktorów. Chris Hemsworth udowodnił już wcześniej, że do roli Thora pasuje znakomicie – łączy nienaganną prezencję z godną nordyckiego boga bufonowatością i poczuciem humoru. Znów na ekranie pojawia się jego przebiegły brat Loki, a grający go Tom Hiddleston
ponownie roztacza swój urok złoczyńcy z odrobiną skrupułów. Największą niespodzianką jest jednak to, ile ze swojej postaci potrafi wykrzesać Mark Ruffalo występujący podwójnie: jako delikatny, niepewny siebie naukowiec Bruce Banner i jako jego alter ego, którym jest nieokrzesany zielony siłacz Hulk. Rozmówki Thora z Hulkiem to czysta przyjemność w najlepszym hollywoodzkim stylu – znacie tę kliszę doprowadzoną w amerykańskim kinie do perfekcji: niechętni kumple. WIDOWISKOWO I ZABAWNIE Akcja toczy się równolegle w dwóch bardzo różnych od siebie miejscach. Po pierwsze, w Asgardzie, który pada ofiarą podboju pięknej i niebezpiecznej bogini śmierci. Hela, żyjąca dotąd na wygnaniu bogini śmierci, siostra Thora i Lokiego, powraca, by siać śmierć i zniszczenie. Wydaje się nie do powstrzymania, skoro
bez trudu niszczy młot Thora, a jego samego wysyła na krańce wszechświata. Tam zaś – i tu przechodzimy do drugiego miejsca akcji – na planecie Sakaar Thor zostaje schwytany przez handlarzy żywym towarem i zmuszony do walki na arenie. W obydwu wątkach pojawia się cudowna wartość dodana dzięki świetnym aktorom. Boginią śmierci jest Cate Blanchett, nie do poznania w nowej wersji: włosy ma ufarbowane na czarno i nosi obcisłe skórzane stroje, które mogą przyprawić o atak serca nawet wytrawnego fetyszystę. Hela emanuje złem, ale nie zamienia się w karykaturę, pozostaje kobietą utalentowaną, ambitną, groźną, lecz niegdyś skrzywdzoną. Przy tej sugestywnej kreacji blednie Angelina Jolie z „Czarownicy”. Planeta Sakaar należy do Jeffa Goldbluma (dosłownie i w przenośni). Gra on przezabawną i złowrogą jednocześnie postać. Jego Grandmaster to ktoś na kształt kosmicznego Nerona, tyle że zawsze łagodny, z ciepłym uśmiechem na twarzy; uśmiechem, który nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Ten sympatyczny tyran i bon vivant rządzi niepodzielnie miastem, którego centralnym punktem jest wielka arena. Reszta planety to kosmiczne śmietnisko, po którym włóczą się śmieciarze i łowcy nagród. Grandmaster uwielbia krwawe widowiska, a jego ulubioną zabawką od dwóch lat jest nie kto inny jak zielony mięśniak z Ziemi – Hulk. Znana ze zwiastunów scena, w której Hulk i Thor niespodziewanie spotykają się na arenie, a uszczęśliwiony Thor woła: „My się znamy! To kolega z pracy!”, nie tylko jest jedną z zabawniejszych w filmie, lecz także idealnie oddaje nastrój panujący przez większość czasu ekranowego. „Thor: Ragnarok” sprawdza się nie tylko jako widowisko, lecz także po prostu jako komedia. Pyszna jest scena z początku, kiedy Thor powraca do Asgardu i obserwuje przedstawienie teatralne, którego wraz z Lokim jest bohaterem, tyle że akcenty w opowieści postawiono zupełnie inaczej. Przezabawne jest spotkanie Thora z Doktorem Strange’em (Benedict Cumberbatch), ozdobą środkowych partii filmu są dialogi Thora z Hulkiem (nie tylko na temat tego, kto jest silniejszy), znakomicie bawi wspomniany Grandmaster, czyli Jeff Goldblum. Nawet zwykła wizyta u fryzjera (no dobra, niezwykła, bo na
„Thor: Ragnarok” to nie tylko spektakularne widowisko. To także najlepsza komedia roku
„Thor: Ragnarok” katapultuje widza w krainę czystej fantazji i przesuwa klimat opowieści w kierunku humoru, szaleńczej akcji i dzikiej zabawy w stylu „Strażników Galaktyki”
planecie Sakaar) jest okazją do podwójnego gagu – nie dość, że to cameo Stana Lee, który pozbawia Thora większości włosów, to jeszcze zabiera się do tego z dziwacznym urządzeniem w dłoni, które bardziej przypomina wymyślne czteroramienne narzędzie tortur niż cokolwiek z warsztatu fryzjerskiego rzemieślnika. Co ciekawe, zmiana image’u służy Hemsworthowi. Nowa, przystrzyżona wersja bardziej pasuje do wygnańca wśród gladiatorów niż bosko-monarsza blondgrzywa. Seria o Thorze mocno nam się także w tej odsłonie feminizuje. Nie dość, że najbardziej fascynującym i najpotężniejszym bohaterem (kwestię pionu moralnego odkładam na bok) jest wspomniana złowieszcza bogini Hela, to jeszcze po stronie Thora nic nie ruszyłoby z miejsca, gdyby nie piękna, umięśniona i spożywająca zdecydowanie zbyt wiele alkoholu Walkiria (Tessa Thompson). To ona dostarczy herosa zepsutemu Grandmasterowi i to ona przyczyni się do uratowania Thora z opresji. Wydaje się również, że jest to postać na tyle udana (i na tyle udało się wyjaśnić jej zakorzenienie w mitologii tego fikcyjnego uniwersum), że na dłużej zagości na ekranie. Wedle nieoficjalnych informacji ma zagrać także w „Avengers: Infinity War”. POTĘGA SŁOWA Pierwszorzędne kino drugorzędne – „Thor: Ragnarok” spełnia warunki takich przedsięwzięć z naddatkiem. Patrząc na techniczną biegłość, z jaką jest zrobiony, wzdychałem trochę wspominając B-klasowe filmy fantastyczne z lat 80. O ileż więcej mielibyśmy z nich frajdy, gdyby twórcy takich zapomnianych klasyków jak „The Last Starfighter” albo „Spacehunter: Adventures In The Forbidden Zone” czy „Battle Beyond The Stars” mieli do dyspozycji takie zabawki jak reżyserzy dzisiejszych hitów Marvela! Tamta dekada przypomniała mi się z jeszcze z jednego powodu. Pomyślcie, co zostało wam w głowie po wielkich przebojach kinowych z owych czasów. Chociaż nieodzownym ich elementem
były karkołomne pościgi, efektowne karambole samochodowe oraz wysadzanie w powietrze i podpalanie dosłownie wszystkiego, to pamiętamy je z powodu dobrze nakreślonych bohaterów, błyskotliwych słownych szermierek, celnych „one-linerów”, które nieraz przechodziły do języka potocznego. Słynne: „Pamiętasz, że obiecałem zabić cię na końcu? Kłamałem” Arnolda Schwarzeneggera z filmu „Kommando” zapamiętaliśmy lepiej niż niezliczone trupy, które padły w tym filmie z ręki Arniego. Kino rozrywkowe może zachwycać obrazem, ale bez potęgi słowa jest tylko przeglądarką kolorowych slajdów. Kinowi macherzy Marvela zapamiętali tę lekcję dobrze – po dwóch godzinach dobrej zabawy szybko wylecą wam z głowy kolejne apokaliptyczne bitwy. Zostaną za to zabawne odzywki i sympatyczni bohaterowie. I tak właśnie być powinno. Reszta to tylko dekoracje.