Drugi sezon rozwija polityczną intrygę Franka Underwooda na poziom międzynarodowy i częściej stawia go wobec nieprzewidzianych zagrożeń. Rozmach fabuły idzie w parze z koncertową grą aktorską, a duet głównych bohaterów łączy uwodzicielski wdzięk z bezwzględnością walki o władzę.
Nie zgadzam się z opiniami, że drugi sezon opowieści o amoralnym Franku Underwoodzie jest przekombinowany. Sezon pierwszy był mroczny, intrygujący, zawiły, ale jednak dość przewidywalny, zwłaszcza kiedy znało się brytyjski oryginał. W drugim scenarzyści nabrali rozmachu, wyprowadzenie intrygi na poziom międzynarodowy dodało całej historii emocji, nie zmieniła się za to rzecz w całym serialu najważniejsza – koncertowa gra aktorów, z fantastycznym duetem Kevin Spacey & Robin Wright na czele. „Goood morning, mister president” w wykonaniu uśmiechniętego Spaceya za każdym razem wywołuje ciarki u widza – takiego połączenia miodu i trucizny nie widzieliśmy bowiem na ekranie od dawna. Ciekawie wypada też przeniesienie punktu ciężkości, jeśli chodzi o intrygi głównego bohatera – w pierwszej serii był głównym rozgrywającym, prawdziwym władcą marionetek. W drugiej mnóstwo sił musi zużyć na walkę z niebezpieczeństwami, których nie przewidział – cóż, im wyżej na drabinie władzy, tym konkurencyjne drapieżniki robią się potężniejsze. Z tym większym zaciekawieniem wypada czekać na nieunikniony ciąg dalszy. •