Czwarty sezon „The Crown” łączy rodzinny dramat Windsorów z burzliwą historią Wielkiej Brytanii czasów Margaret Thatcher, konfliktu o Falklandy i terroru IRA. Piotr Gociek podziwia grację, z jaką Peter Morgan splata te wątki, oraz role Olivii Colman i Gillian Anderson. Szczególnie chwali niejednoznaczny portret Diany Spencer: kruchej i niewinnej, ale też świadomej własnych celów, podczas gdy książę Karol traci dotychczasowy urok.
czwartym sezonie „The Crown” wchodzimy w burzliwe lata, chyba najbardziej burzliwe w brytyjskiej historii ostatnich kilku dekad. Na scenie pojawiają się premier Margaret Thatcher oraz młodziutka Diana Spencer, późniejsza żona księcia Karola. A żarna wielkiej historii obracają się bezlitośnie, radykałowie z IRA znów stawiają na terror, zimna wojna przybiera nowy obrót wraz z kadencją Ronalda Reagana, wkrótce wybuchnie konflikt o Falklandy. Wszystko to składa się w fascynującą całość i idealne danie telewizyjne. Trudno nie podziwiać gracji, z jaką Peter Morgan, showrunner serialu,
daje sobie radę w łączeniu tych elementów. „The Crown” pozostaje opowieścią o rodzinie (najsłynniejszej rodzinie na świecie), ambitną soap operą, ale w takim sensie, jak soap operą był „Downton Abbey”. W centrum tej rodziny nadal stoi królowa Elżbieta II grana z wielkim taktem przez Olivię Coleman. Sceny, w których monarchini spotyka na swojej drodze wulkan energii, niepowstrzymaną siłę natury, jaką była Thatcher, należą do najlepszych. Gillian Anderson błyszczy w tej roli. Jednocześnie nowy sezon jest opowieścią o wielkiej zmianie: społecznej i politycznej, ale nie tylko. Zmienia się dynamika wewnątrz rodziny królewskiej, ukrywane
ambicje i tęsknoty ujawniają się na nowe sposoby, no i przede wszystkim wielką zmianę niosą dwa romanse księcia Karola – najpierw z Sarah Spencer, a potem z jej młodszą siostrą Dianą (Emma Corrin). Szczególnie ciekawie ukazana jest ta ostatnia, bo w serialu chyba po raz pierwszy wybrzmiewa tak dobrze dwuznaczność tej postaci. Diana jest krucha, niewinna i zalotna, a jednocześnie manipuluje, wyznacza sobie cele, do których osiągnięcia bezwzględnie dąży, nie jest ani tylko bezradną ofiarą swego wysoko urodzonego męża, ani tylko wyrachowanym intruzem rozbijającym rodzinę. A może inaczej: właściwie jest jednym i drugim. Tu też widzimy istotną zmianę, bo uroczy dotąd młody Karol (Josh O’Connor) staje się postacią zdecydowanie mało sympatyczną. Kapitalne są sceny poświęcone zmaganiom Thatcher z własnym politycznym zapleczem, proszę zwrócić na nie uwagę. No i proszę smakować powoli, bo to pożegnanie z wieloma aktorami, w kolejnych sezonach (całość ma zamknąć się w sześciu) w historyczne postacie wcielą się już nowi odtwórcy.