Greta Gerwig splata dwa tomy powieści Louisy May Alcott z biografią autorki i prowadzi historię sióstr March w dwóch planach czasowych. Powstaje świeża, piękna i znakomicie zagrana opowieść o dorastaniu, utracie złudzeń, kobiecej niezależności oraz cenie marzeń, która zachowuje ducha literackiego oryginału, a zarazem nadaje mu współczesny ton.
Skoro autor oparł swoje dzieło na własnych doświadczeniach, to czemu nie połączyć w jedno opowieści z kart książki i motywów z biografii? A skoro już nie mówimy o wiernej ekranizacji, lecz o własnej interpretacji, to i trzecia warstwa się pojawia: zawiera ona to, co najważniejsze dla adaptatora, powody, dla których całe zamieszanie dochodzi do skutku. Takie właśnie podejście zastosowała Greta Gerwig, kręcąc film „Małe kobietki” („Little Women”, 2019) oparty na klasycznej powieści Louisy May Alcott. Chwyt nienowy, ale w zręcznych dłoniach efektowny i efektywny, przypomina się choćby piękne połączenie literatury, domysłów i własnych wyobrażeń w „Zakochanym Szekspirze”, gdzie w finale nieszczęśliwy kres zakazanej miłości młodego dramaturga i pięknej Violi De Lesseps zamienia się pod piórem barda w początek „Wieczoru Trzech Króli”. Josephine „Jo” March, jedna z bohaterek książki, staje się więc na ekranie jednocześnie autorką „Małych kobietek” i głosicielką poglądów Alcott, które niekoniecznie w książce były zawarte. Jak w ustawionych naprzeciw siebie lustrach fikcja i fakt przeglądają się w sobie, a twórczyni filmu Greta Gerwig stara się wyciągnąć z tego to, co dla niej istotne, tworząc adaptację z jednej strony wierną duchowi literackiemu oryginału, z drugiej mocno współczesną. Greta Gerwig to jedna z wielkich nadziei Hollywood i zarazem człowiek orkiestra, jest aktorką (świetna rola w filmie „Frances Ha”), pisze scenariusze i sztuki, produkuje, reżyseruje. W tej ostatniej roli debiutowała co prawda w roku 2008 filmem kręconym wraz z Joe Swanbergiem („Noce i weekendy”), ale tak naprawdę uwagę krytyki i widzów zdobyła filmem „Lady Bird” nominowanym dwa lata temu do pięciu Oscarów. Była to zabawna, słodko-gorzka,
a przede wszystkim bardzo wiarygodna opowieść psychologiczna o 17-latce dorastającej w katolickiej szkole i skłóconej z własną matką. Film zdobył za to dwa Złote Globy: dla najlepszego musicalu lub komedii oraz dla Saoirse Ronan za najlepszą rolę żeńską w tejże kategorii.
Na planie „Małych kobietek” Gerwig znów spotkała się z utalentowanymi młodymi aktorami, których dwa lata temu oklaskiwaliśmy w „Lady Bird” (oprócz Saoirse Ronan jako Jo March jest i Timothée Chalamet jako Theodore Laurence, zwany „Lauriem”), poszerzając jednak
„Małe kobietki” Grety Gerwig to zwiewna i piękna adaptacja powieści Louisy May Alcott. A zarazem hołd oddany autorce i jej poglądom. Feminizm może być mądry
aktorski ansambl w imponujący sposób. Pozostałe siostry March są bowiem grane przez Emmę Watson (seria „Harry Potter”), Florence Pugh („Midsommar”, „Mała doboszka”) i Elizę Scanlen („Ostre przedmioty”), a u boku młodej ekipy pojawiają się i utalentowani weterani, od Meryl Streep i Laury Dernd do Boba Odenkirka („Better Call Saul”). dwanaście nominacji Greta Gerwig początkowo miała być jedynie scenarzystką tego filmu, najęto ją do tego zadania w sierpniu 2016 r. Było to wyrazem uznania dla jej wcześniejszych osiągnięć na tym właśnie polu. Wspomniałem wcześniej film „Frances Ha” Noaha Baumbacha, w którym Gerwig stworzyła zapadającą w pamięć kreację; otóż współtworzyła tę produkcję także jako scenarzystka, podobnie jak „Mistress America” tego samego reżysera. Noah Baumbach jest prywatnie partnerem życiowym Grety Gerwig. Ich współpraca przynosiła w przeszłości znakomite efekty, w tym roku ich dwa filmy zdobyły łącznie 12 oscarowych nominacji (bo do sześciu dla „Małych kobietek” doliczamy drugie tyle dla znakomitej „Historii małżeńskiej” Noaha
Baumbacha). Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej w historii tej nagrody przydarzyło się to jakiejkolwiek parze. Sama Gerwig wspomina, że długo zdawała się być ostatnią osobą, której można by powierzyć reżyserię nowej wersji „Małych kobietek”. No bo właściwie dlaczego? Nie miała doświadczenia reżyserskiego, kojarzona była przede wszystkim z ambitnymi, niskobudżetowymi produkcjami współczesnymi, a tu trzeba się było zmierzyć z trudnym gatunkiem: filmem kostiumowym stanowiącym ekranizację powszechnie uwielbianej klasyki. Szczególnie że poprzednie wersje filmowe zdążyły obrosnąć legendą. Rok 1933 – reżyseria George Cukor, w roli głównej Katherine Hepburn. Rok 1949 – reżyseria Mervyn LeRoy, na ekranie m.in. Elizabeth Taylor i Janet Leigh. Wreszcie wersje współczesne, poczynając od świetnie przyjętego filmu Gillian Armstrong z roku 1994, w którym pojawili się Winona Ryder, Claire Danes, Kirsten Dunst czy Christian Bale, a ze starszych aktorów choćby Susan Sarandon i Gabriel Byrne. Sukces otwiera jednak rozmaite drzwi i po aplauzie, który wzbudziła (zasłużenie) reżyserska robota Gerwig w „Lady Bird”, nagle niemożliwe stało się możliwe. Mamy więc rok 1868, Jo March odwiedza wydawcę pana Dashwooda, któremu pod rozwagę poddaje opowiadanie, którego rzekomo autorką jest „jej przyjaciółka”. Jo nie chce publikować pod własnym nazwiskiem, bojąc się reakcji matki. Na życie zarabia jako nauczycielka. Marzy o pisarskiej sławie, ale pieniądze są ważniejsze, bo rodzinie się nie przelewa. To zatem już dwa powody, by bez szemrania podporządkować się redaktorskim wymaganiom Dashwooda. Ten zaś instruuje debiutantkę, że w kraju, który leczy rany po wojnie (chodzi o wojnę secesyjną), czytelnicy chcą rozrywki, a nie nauk moralnych. I że gdyby miała przynieść następne opowiadania, powinny być krótkie i treściwe, zaś gdyby bohaterką któregoś z nich miała być kobieta, to jedynym akceptowanym finałem dla takiej postaci jest zamążpójście. Opisuję obszerniej tę króciutką scenę, bo jest czymś więcej niż wstępem, kryje się w niej cały film. Tu potrzebne są objaśnienia dla polskiego odbiorcy. „Małe kobietki” oryginalnie zaczynają się od słynnej sceny wigilijnej, kiedy z ust sióstr March padają zdania: „Gwiazdka nie będzie Gwiazdką bez prezentów” (Jo), „To takie
okropne być biednym!” (Meg), „Uważam, że to nie w porządku, żeby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic a nic” (Amy), „Mamy Ojca i Matkę i siebie nawzajem” (ponownie Jo). Wszystko dzieje się podczas wojny secesyjnej (1861), na którą wyruszył ojciec, a opowieść obejmująca rok jest nie tylko cudowną opowieścią o dorastaniu, lecz także wielkim hymnem ku czci zaradności głównych bohaterek, jednoczących się w obliczu złych obrotów losu, cierpiących, odnajdujących w sobie siłę, i jednocześnie pomagających tym, którym wiedzie się jeszcze gorzej. Greta Gerwig wybiera na swój początek wydarzenia późniejsze, bo pamięta o tym, że dzieje sióstr March to nie tylko historia ich lat dziecięcych. Opowieść Alcott wydana w latach 1868 i 1869 była dwutomowa i obydwa tomy uważa się w USA za kanoniczne. Akcja drugiego rozgrywała się kilka lat później i ukazywała wchodzenie sióstr March w dorosłość, łącznie z uczuciowymi perypetiami Jo i jej marzeniami o karierze pisarskiej. W Polsce pod tytułem „Małe kobietki” (podobnie jak w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach europejskich) wydawano jedynie pierwszy tom powieści, kończący się powrotem ojca do domu w kolejną Wigilię. „Opuśćmy kurtynę na Meg, Jo, Beth i Amy. To, czy znów się ona podniesie, zależeć będzie od przyjęcia, z jakim spotka się akt pierwszy dramatu rodzinnego, pod tytułem »Małe kobietki«”, kończyła ten tom Alcott. Tom drugi był u nas także wydany jako „Dobre żony”, cykl zamykają dwie kontynuacje: „Mali mężczyźni” i „U progu życia”. Najgłośniejsze dzieło Alcott poprzez zwyczajowe ograniczenie do tomu pierwszego jest upupiane i zamykane w bezpiecznej zagródce „realistycznej powieści dla młodzieży”. Gdy spojrzy się na tom drugi i kontynuacje, widać, że autorka wkracza już wtedy na tereny penetrowane przez Jane Austen czy Charlesa Dickensa. historia tracenia złudzeń Greta Gerwig wychodzi więc daleko poza domowe zacisze Marchów oraz perypetie ich i ich sąsiadów tudzież
niespodziewanych znajomych. Porusza się zręcznie między planami czasowymi. Najpierw pokazuje nam dorosłe już siostry wchodzące w poważne życie, ich kłopoty, ich frustracje i rozmaite strategie życiowe, dopiero potem cofa się do czasów ich dzieciństwa i trudnej próby, samotnego roku bez ojca, biedy, chorób, cierpienia, a także przyjaźni, wiary, nadziei i zwycięstwa. Trochę tak jak Wajda w kinowym „Panu Tadeuszu” – do romantycznego, barwnego świata litewskiego dworu prowadzi przez ciemną bramę, smutna samotność emigrantów „na paryskim bruku”. Nowe kinowe „Małe kobietki” są więc historią tracenia złudzeń, kursem dorastania na serio, a nie jedynie krzepnięcia młodych bohaterek przez 12 miesięcy. Jo słuchająca wytycznych od wydawcy Dashwooda jest jednocześnie postacią z powieści, samą Louise May Alcott, która takie perypetie przechodziła, a także symbolem kobiety, która na początku historii poddaje się woli mężczyzn w świecie przez nich zdominowanym, a w finale dokonuje własnych wyborów i ponad owe wymagania się wzbija. Oczywiście nie jest to droga łatwa, a w podróży trzeba zawrzeć sporo kompromisów. Prawdziwy wydawca „Małych kobietek” także uważał, że są one zbyt nudne, dziewczęce i w ogóle nieciekawe, dopiero entuzjastyczna opinia małoletniej córki zmieniła jego zdanie. Dopiął jednak swego, zgodnie z jego wcześniejszymi życzeniami Louise May Alcott steruje w swej opowieści ku zamążpójściu głównych bohaterek. podwójny hołd Gerta Gerwig w adaptacji wyciąga jednak z całej historii logiczne wnioski. Skoro Alcott takiemu rozwiązaniu była niechętna, a własną biografią dała dowód temu, że także w XIX stuleciu można było wieść żywot odnoszącej sukcesy kobiety niezamężnej, to czemu dokonując syntezy jej życia i dzieła, nie pójść dalej? W ten sposób „Małe kobietki” w najnowszej adaptacji otrzymują zakończenie już nie tyle dwuznaczne, co po prostu podwójne. Alcott-Jo autorka wybiera samotność i niezależność, więc odrzuca oświadczyny. Jo-Alcott bohaterka „Małych kobietek” oświadczyny akceptuje i tak jak w książce rzecz kończy się małżeństwem. Myślę że samej Louise May Alcott bardzo by się takie rozwiązanie podobało. Najważniejsze jest jednak to, że nie gubiąc uroku oryginału oraz uwspółcześniając przesłanie, Greta Gerwig wszystko to robi w sposób zachwycający. „Małe kobietki” są filmem do którego pasuje słowo „piękny”. Wszystko współgra tu pięknie, od strojów przez choreografię i prace kamery do roboty aktorskiej, bo obsada wypada koncertowo. Między młodymi aktorami iskrzy, cudownie wypada Florence Pugh jako Amy March (niedawno błysnęła rolą buntowniczki wrestlerki w brytyjskim „Na ringu z rodziną). No i Saoirse Ronan jako Jo, fenomenalna, której kibicuję od lat, od chwili, kiedy zobaczyłem ją w „Pokucie”, „Hannie” i „Jeżeli nadejdzie jutro”. Ma już cztery oscarowe nominacje. Może czas na statuetkę? Meryl Streep kradnąca każdą scenę, w której się pojawia. I rytm, kolor, potoczystość opowieści. Idealnie wyważono proporcje między tym, co dramatyczne, a tym, co zabawne. „Małe kobietki” to film niesłychanie świeży, mimo wszystko optymistyczny. Pochwała życia, po prostu. Życia, młodości, marzeń. Na tle pozostałych tegorocznych kandydatów do Oscara, filmów mrocznych, ponurych, ironicznych, pełnych gorzkiego humoru, przypowieści sardonicznych lub bolesnych „Małe kobietki” są zjawiskiem wyjątkowym. Tak jak podwójne jest zakończenie filmowej adaptacji, tak też i są „Małe kobietki” podwójnym hołdem dla Louisy May Alcott. Ukazują poglądy autorki, pomagają twórcy wyjść z cienia dzieła. Jednocześnie przypominają, jak dobrą była pisarką, jak wybornym znawcą charakterów. Mówię to jako czytelnik, który za młodu zupełnie impregnowany był na uroki tej historii, bo w czasie, gdy siostry i kuzynki mojego pokolenia czytały „Małe kobietki” oraz „Anię z Zielonego Wzgórza”, my, chłopaki, woleliśmy powieści o Tomku Wilmowskim albo przynajmniej Winnetou. Powieść Louise May Alcott odkryłem już w dorosłości, w ramach wielkiego dzieła zapoznawania się z przegapioną klasykę. I jej fanem do dziś pozostaję, co jest – jak mniemam – jednym z dowodów na to, że genderowe analizy literatury sensu nie mają.