Laura, podejrzewając męża Deana o zdradę, rozpoczyna śledztwo z pomocą charyzmatycznego ojca Felixa, playboya przekonanego, że mężczyźni to z natury zdrajcy. Pozornie lekka jak komedia, historia okazuje się wielowarstwową opowieścią o samotności i przytłaczającej, toksycznej relacji ojca i córki, w której oboje muszą dojrzeć, choć Felixowi przyjdzie to znacznie trudniej. Kreację niesie znakomita rola Billa Murraya, a spotkanie z Sofią Coppolą po latach od "Między słowami" wypada świetnie.
Zdradzani i zdradzane „Na lodzie” to kolejny film Sofii Coppoli o samotności, ale samotności innej od tych, które analizowała wcześniej. Laura czuje się samotna i lekceważona w małżeństwie, co boli, tym bardziej że wciąż ma Deana (Marlon Wayans) za tego jedynego. Czyżby się pomyliła? Jednocześnie sama nie jest w stanie wykazać się empatią wobec przyjaciółki paplającej wciąż o swoich nieudanych przejściach z facetami. Czy Laura rzeczywiście jest przemęczona, czy może boi się konfrontacji z nieprzyjemną prawdą o mężczyznach? Jej ojciec wątpliwości nie ma: faceci to dranie zaprogramowane na seksualne podboje. A Laura nie ma powodu, by wątpić, bo przecież tata wie, co mówi: opuścił ją, gdy była mała, rozpoczął romans z młodą asystentką, rozwiódł się z mamą Laury i rozpoczął długi żywot pożeracza niewieścich serc. To właśnie Felix będzie podsycał w Laurze podejrzenia wobec Deana i zaoferuje pomoc w śledztwie. Dean tymczasem, cóż, daje powody do podejrzliwości. Z delegacji przywozi w walizce damską kosmetyczkę. Wymyka się wieczorami na biznesowe – podobno – kolacje. A pewnej nocy, gdy całuje się z własną żoną, otwiera w pewnym momencie oczy i odskakuje od niej, jakby zobaczył nagle niewłaściwą osobę. Zajmie nam trochę czasu, by dostrzec, jak bardzo samotny jest także sam Felix. Jego postawa „wiem wszystko, można było zobaczyć wszystko” i kokietowanie każdej napotkanej kobiety zasłaniają głęboki smutek i poczucie straty (pod koniec filmu dowiecie się dlaczego). Kto często kocha, ten także i serce ma złamane częściej, choć żadna to pociecha dla tych pań, które za sobą zostawił.
Sofia i Bill W pamięci pozostaje upalny maj roku 1999 i pokaz prasowy na festiwalu w Cannes, kiedy można było oglądać po raz pierwszy „Przekleństwa niewinności” („The Virgin Suicides”), reżyserski debiut Sofii Coppoli. Długo nie mogłem wyrzucić z głowy sugestywnych obrazów, muzyki grupy Air oraz otwierających film słów: „Cecylia odeszła pierwsza”. Nigdy jednak nie mogłem przekonać się w pełni do tej opowieści. Z bardzo prostego powodu: ileżby krytycy napisali o tym, że to rzecz o tajemnicy na miarę „Pikniku pod wiszącą skałą”, ja i tak wiedziałem swoje: lekcja z ekranu brzmi: „Wstrętni, bigoteryjni katoliccy rodzice prześladują Bogu ducha winne dzieci”. A przecież nie za wszystko, co złe na świecie, odpowiadają katoliccy rodzice, choćby z tego powodu, że nie ma na naszej planecie ich wystarczającej liczby. W każdym razie w stosunku do złych rzeczy, które się wydarzają. Dobry film, może jednostronny. Jednostronny film nigdy nie będzie wielki. Coppola pokazała jednak, że jest obdarzona reżyserskim talentem, nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedziała wówczas, jak z tego talentu korzystać – film trzymała świetnie w ryzach w pierwszej połowie, w drugiej zaczął się jej rozsypywa. Warto było poczekać na jej drugą propozycję, która paradoksalnie jest dzieckiem „Przekleństw niewinności”, bo na pomysł „Między słowami” („Lost In Translation”, 2003) wpadła w tokijskim hotelu podczas trasy promującej jej reżyserski debiut. Pomysł udało się po kilku latach zrealizować, ze znakomitym skutkiem. Sofia Coppola zdobyła Oscara za oryginalny scenariusz i dwie nominacje (dla najlepszego filmu i za reżyserię), z kolei Bill Murray otrzymał swą jedyną jak dotąd oscarową nominację. Co ważniejsze, oboje bardzo pomogli sobie nawzajem. Coppola w Murrayu znalazła aktora, który uniósł na swych barkach zapadającą w pamięć opowieść o samotności i perfekcyjnie wydobył niuanse scenariusza. Murray dzięki temu filmowi na dobre zaczął zrywać z etykietką „tego gościa od głupich komedii”, co zaowocowało wkrótce innymi wielkimi rolami, choćby w „Broken Flowers” Jima Jarmuscha czy w kolejnych filmach Wesa Andersona (piszę „kolejnych”, bo przed „Między słowami” Murray zdążył u Andersona zagrać w „Genialnym klanie”, ale był to występ drugoplanowy).
W „Na lodzie” Coppola i Murray spotykają się ponownie po niemal 20 latach. Oboje przebyli długą drogę. Bill, mimo że nominacji do Oscarów mu nie przybyło, jest już przez wielu uznawany za jednego z najwybitniejszych żyjących aktorów amerykańskich. Sofia ma na koncie dwie nagrody w Cannes: pomniejszą za „Marię Antoninę” (2006) i ważną, bo dla najlepszego reżysera, za „Na pokuszenie” („The Beguiled”, 2017), no i wygrała festiwal w Wenecji filmem „Somewhere. Między miejscami” (2010). Zdarzały się jej filmy słabsze (jak „Bling Ring”), ale nie zmienia to faktu, że wywalczyła sobie ważne, osobne miejsce we współczesnym amerykańskim kinie. Że mówi własnym, łatwo rozpoznawalnym, silnym głosem. Co z początku nie było takie oczywiste, bo musiała najpierw wyjść z cienia rzucanego przez wielkiego ojca – Francisa Forda Coppolę. To zaś prowadzi nas do kolejnej wielce interesującej warstwy filmu „Na lodzie”.
Ojcowie i córki Nicolas Kim Coppola został Nicolasem Cage’em, żeby nie robić kariery na nazwisku słynnego stryja. Sofia Coppola, córka twórcy „Ojca chrzestnego”, przy nazwisku pozostała i nie zamieniła się w panią Jonze (pierwsze małżeństwo) ani panią Mars (drugie małżeństwo). Wydaje się jednak, że przez ćwierć wieku nie tylko walczyła o to, by nadać mu osobne znaczenie, lecz także dopiero teraz zdołała wyegzorcyzmować pewne stare traumy związane ze sławnym ojcem. „Na lodzie” jest bowiem filmem o niemal wszechmogącym i powszechnie uwielbianym ojcu i zapatrzonej w niego, a jednocześnie próbującej się wyzwolić spod jego uroku córce. Trudno nie widzieć w ekranowej relacji Felix-Laura odbicia prawdziwej relacji Francis Ford-Sofia. Młoda Sofia towarzyszyła ojcu na planie, grywała u niego (przez kilkanaście lat, od dziecięctwa do młodości), marzyła o karierze aktorskiej i przede wszystkim poznawała świat, którego centrum był on – Orson Welles naszych czasów. Gigant Hollywood. Żywa legenda. Człowiek, którego słowa inni spijali z ust jak objawienia, nawet kiedy mówił byle co. O tak, bez wątpienia Felix grany przez Billa Murraya jest Francisem Fordem Coppolą świata handlarzy sztuką. A zagoniona, sfrustrowana filmowa Laura musi być zatem Sofią Coppolą, czasem zirytowaną, czasem zakłopotaną, a czasem zachwyconą przytłaczającą wszechobecnością i wszechmocą ojca. Czy jej pisarska blokada na pewno jest wywołana tylko przez nadmiar domowych obowiązków albo fakt, że najlepiej pisało się jej w nocy, a przy dzieciach jest to już niemożliwe? A może jest w tym i bariera związana z nieuświadomionym współzawodnictwem? Z próbą wyjścia poza złotą klatkę ojcowskiej opiekuńczości i potęgi? „Pamiętaj, nie oddawaj serca żadnemu chłopakowi” – słyszmy słowa wypowiadane przez Billa Murraya na początku filmu. „Jesteś moja. Aż do ślubu. A potem dalej będziesz moja”. Drugie pytanie jest jeszcze ważniejsze: zostawmy sprawy zawodowe na boku i zastanówmy się nad tym, jakim wzorem mężczyzny był playboy Felix? Na ile Laura będzie patrzeć na swoje małżeństwo jego oczami? Jak długo i z jakim skutkiem? Wszystkiego dowiecie się z „Na lodzie”, opowieści pozornie lekkiej niczym komedia Woody’ego Allena odarta z jego neuroz i natręctw, ale jednocześnie pełnej podtekstów i w kilku miejscach tragicznej. Będąc opowieścią o samotności, kłopotach w kontakcie z drugą (nawet najbliższą) osobą oraz toksycznej relacji z ojcem, „Na lodzie” okaże się także historią dojrzewania. Przy czym nie zdradzę za wiele, jeśli powiem, że dojrzeć powinni oboje: Laura i Felix, ale dla niego będzie to o wiele trudniejsze. Szczerze mówiąc, pada w tym filmie z jego ust zdanie (warto poczekać na scenę nocnej dyskusji w hotelu podczas burzy), które skutecznie niszczy naszą w wiarę w to, że uroczy król życia jest w stanie się zmienić. Mamy więc dwie przecinające się linie: wznoszącą, po której wędruje Laura, odnajdująca swój głos, swoją siłę i odkrywająca to, co naprawdę ważne, oraz linię pochyłą, po której pikuje Felix. Żadne drogocenne płótna ani ekstatyczne miłostki tego świata nie są w stanie wynagrodzić mu tego, co będzie czekało na końcu drogi.