Czwarty sezon, po słabszym trzecim, wraca do formy najlepszych sezonów serialu i zamyka historię logicznie oraz w satysfakcjonujący emocjonalnie sposób. Finał to znakomicie napisany i zagrany odcinek, a Jeremy Allen White wciąż świetnie gra szefa kuchni, który z poczucia winy porzucił wielką karierę i wrócił prowadzić jadłodajnię po tragicznie zmarłym bracie. Retrospekcje otwierające sezon przybliżają ich skomplikowaną relację. Serial opowiada o ludziach, którzy wspólnie szukają drugiej szansy i chcą stworzyć lepsze miejsce na świecie.
Ostatni odcinek czwartego sezonu „The Bear” przejdzie do historii telewizyjnej rozrywki – to znakomita robota, rzecz świetnie napisana i zagrana. To także logiczne, emocjonalnie satysfakcjonujące i niegłupie zamknięcie całej historii. Niepotrzebna więc zdaje mi się zapowiedź dokręcenia wkrótce sezonu piątego. Podróż mistrza kuchni Carmena „Carmy’ego” Berzatto (wciąż świetny Jeremy Allen White) dobiega końca. O co w niej chodziło? Nękany wyrzutami sumienia wrócił do rodzinnego miasta, porzucając wielką karierę w najlepszych restauracjach świata. Zamienił blichtr Nowego Jorku na nędzną jadłodajnię, którą prowadził tragicznie zmarły brat (gra go Jon Bernthal). Relacja ich łącząca była mocno skomplikowana, tak naprawdę zbliżamy się do jej zrozumienia dopiero w otwierających sezon czwarty retrospekcjach. Pierwszy sezon „The Bear” był znakomity, drugi niewiele gorszy, trzeci niepotrzebny i przeciągnięty, w czwartym znów mamy do czynienia z jednym z najlepszych seriali ostatnich lat. Jego przesłanie podobne jest do tego, które dostaliśmy ostatnio od Jamesa Mangolda w „F1: Film” – mamy oto grupę ludzi, którzy współpracują ze sobą, bo chcą być lepsi, bo szukają drugiej szansy, bo sami chcą sobie stworzyć lepsze miejsce na świecie. Jednocześnie jest to opowieść o tym, jak