Powrót rodziny Hillów z humorem celebruje pracę, rodzinę, sąsiedzkie więzi i zdrowy rozsądek, jednocześnie celnie punktując hipokryzję postępowców oraz spiskowe obsesje alt-prawicy.
Żaden z powrotów nie sprawił mi w ostatnich latach tak wiele przyjemności jak nowy sezon animowanego serialu w wersji polskiej koszmarnie nazwanego „Bobby kontra wapniaki”. W oryginale to „King of The Hill”, rzecz o rodzinie Hanka Hilla i jego sąsiadach z miasteczka Arlen w Teksasie. Są to jedni z ostatnich zwykłych Amerykanów w świecie hollywoodzkiej rozrywki. Serial Mike’a Judge’a nie bez powodu trafia do wszystkich zestawień najlepszych konserwatywnych seriali wszech czasów: celebruje normalność. Praca, rodzina, kościół, silne więzi sąsiedzkie, zasady, patrio-
Hank nadal uwielbia steki, wielkie samochody i przemysł gazowy oraz picie piwa z kumplami, a jego zdrowy rozsądek sprawia, że jest szczęśliwszy i mądrzejszy od przedstawicieli tzw. sił postępu. A gdy czasem zdarza mu się nie najlepszy pomysł, to pion moralny przywraca mu dobrą radą żona – ta sama od dekad. Hillowie próbują nadążyć za nowoczesnością i trochę się zmieniają, np. lubią soccer, czyli europejski futbol, ale to zmiana na własnych warunkach. Ich trzeźwe podejście do życia jest okazją do demaskowania hipokryzji rozmaitych samozwańczych poprawiaczy świata. Żeby nie było zbyt słodko, ostrze satyry jest też skierowane ku rozmaitym szurom spod znaku spiskowej alt-prawicy, których w serialu symbolizuje Dale Gribble. Ten sąsiad Hanka wszystkich podejrzewa o szpiegowanie dla Chin, Korei Północnej lub Arabów, a gdy w czasie pandemii wygra wybory na burmistrza, natychmiast zrezygnuje przekonany, że ktoś taki jak on zwyciężyć mógł jedynie wskutek spisku. Tylko czyjego?