Konflikt dwóch oficerów o skrajnie odmiennych poglądach na dalszą obronę osamotnionego Westerplatte wydaje się fabularnym samograjem, jednak filmowi brakuje pomysłu na opowiedzenie tej historii. Świetni aktorzy snują się po planie, nie wiedząc, co grać, topografia placówki pozostaje do końca nieczytelna, a kilka udanych epizodów nie łączy się w większą całość. Winowajcą nie jest budżet — efekty wykonane za niewielkie pieniądze robią wrażenie — lecz zawalony scenariusz i dziwaczne pomysły na „nowoczesne” ujęcie historii.
To słaby film – nie dlatego, że próbuje przenicować mit Westerplatte, ale dlatego, że brakuje w nim pomysłu na opowiedzenie fabuły, która zdaje się samograjem: oto dwóch oficerów o skrajnie odmiennych poglądach na to, co załoga osamotnionej placówki powinna zrobić. Kolejna odsłona polskiego dylematu: „Bić się czy nie bić?”. A jeśli bić, to jak długo? Zamiast tego mamy gromadę świetnych aktorów snujących się po planie, bo nie wiedzą, co grać. Do końca nie wiemy, jaka właściwie jest topografia Westerplatte, a kilka świetnych epizodów nie łączy się ze sobą w coś większego. O dziwo, to nie budżet jest przyczyną klęski filmu – za niewielkie pieniądze wykonano niesamowitą robotę (sprawdźcie w „Making of…”, co nakręcono, a co dodano w komputerze). Zawalony jest scenariusz, a pomysły na „nowoczesne” pokazanie całej historii sprawiają, że momentami nie wiemy, co to za kino: dziwaczny „bałtycki gotyk” czy inne licho?