Godzilla powraca do klasycznej roli obrońcy ludzkości przed groźniejszymi potworami, w scenerii atomowych wybuchów, uciekających tłumów, bezradnej armii i lekceważonych naukowców. Główną słabością filmu jest brak inwencji — powiela on stare klisze z produkcji wytwórni Toho, rozczarowując zarówno dawnych fanów, jak i nowych widzów. Wątły scenariusz i drewniane dialogi marnują dobrych aktorów, a jedynym udanym elementem pozostaje seria ładnie skomponowanych kadrów; całość okazuje się przede wszystkim przeraźliwie nudna.
Najnowsza filmowa opowieść o Godzilli wraca do korzeni: są atomowe wybuchy z połowy XX stulecia, są tłumy uciekające przed potworami, są bezradna armia i naukowcy, którzy na próżno przestrzegają wojskowych przed robieniem głupot. I jest Godzilla znów we właściwej roli: obrońcy ludzkości przed innymi, dużo paskudniejszymi stworami. Cóż z tego, skoro zabrakło inwencji? Kto pamięta stare filmy wytwórni Toho, ten ziewa, gdy widzi, ile starych klisz ponownie zostało użytych. Kto jest potencjalnym nowym fanem, ten powtarzał będzie zapewne: „Ale o co chodzi?”. Obie grupy będą rozczarowane. Jedyne, co się w tym filmie naprawdę udało, to seria ładnie skomponowanych kadrów. Żal natomiast dobrych aktorów, którzy muszą wypowiadać drewniane kwestie z wątłego scenariusza. Jeśli już chcecie oglądać filmy o potworach, to „Pacific Rim” był zabawniejszy i miał tempo. Jedyną naprawdę przerażającą rzeczą w nowej „Godzilli” jest nuda.