James Keziah Delaney wraca w 1814 roku z Afryki do Londynu, by przejąć spadek po zamordowanym ojcu i zmierzyć się z Koroną, Kompanią Wschodnioindyjską oraz własnymi rodzinnymi tajemnicami. Mocnymi stronami są brutalna, magnetyczna rola Toma Hardy’ego, godny przeciwnik w wykonaniu Jonathana Pryce’a, znakomicie dobrana obsada i sugestywny obraz brudnej XIX-wiecznej Anglii. Mimo kilku fałszywych tonów w finale serial pozostaje efektowną, nastrojową opowieścią o zemście, winie i możliwym odkupieniu.
Praca była zbiorowa, częściowo rodzinna, bo nad scenariuszem siedział też ojciec Toma Hardy’ego, ostateczny kształt opowieści nadał jej zaś Steven Knight. Ten ostatni to jeden z najbardziej cenionych na Wyspach Brytyjskich scenarzystów – w 2002 r. nominowany do Oscara był jego scenariusz do filmu Stephena Frearsa „Niewidoczni”. Potem współpracował m.in. z Davidem Cronenbergiem przy świetnych
„Wschodnich obietnicach” (2007), sam wyreżyserował napisany przez siebie skromny, błyskotliwy dramat „Locke” i zdobył uznanie za serial historyczno- -kryminalny „Peaky Blinders”. „Tabu” także łączy historię z intrygą kryminalną, aczkolwiek nie jest to kryminał typowy. Zagadka „kto zabił” okazuje się dla rozwoju wydarzeń trzeciorzędna, w centrum mamy rozgrywkę między jednostką, państwem a prywatnym biznesem, przy okazji jest to także klasyczna historia zemsty po latach.
O OGROMNĄ STAWKĘ Akcja rozgrywa się w roku 1814, pod koniec wojny brytyjsko-amerykańskiej, która wybuchła dwa lata wcześniej. Chociaż śledzimy wypadki rozgrywające się przede wszystkim w Londynie, to warto podkreślić ten historyczny kontekst,
bo gracze z Nowego Świata także będą aktywni. O cóż zaś dokładnie chodzi? Do stolicy brytyjskiego imperium po 10 latach nieobecności wraca syn szanowanego armatora Horacego Delaneya. James Keziah Delaney (Tom Hardy) przybywa zbyt późno – jego ojciec nie żyje, rodzinny majątek jest w ruinie. W dodatku szybko odkrywa, że Horacego ktoś otruł. James dziedziczy to, co pozostało – zapuszczony ponury dom w Londynie, dawne biura firmy ojca oraz jeszcze jedną, jak się okaże, niezwykle cenną rzecz – prawa do skrawka ziemi otaczającego ważną cieśninę na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Te prawa rodzina Delaneyów zdobyła dzięki traktatowi z miejscowymi Indianami. Cieśnina Nootka jest obiektem pożądania potężnej Kompanii Wschodnioindyjskiej, którą kieruje sir Stuart Strange (Jonathan Pryce), oraz korony brytyjskiej.
Serial „Tabu” to podwójny triumf Toma Hardy’ego – jako aktora i jako autora tej historii
Zemsta jego
Imperium włada wtedy książę regent, przyszły król Jerzy IV (Mark Gatiss), na razie administrujący królestwem w czasie choroby umysłowej króla Jerzego III. Kto kontroluje cieśninę Nootka, ten ma doskonałą bazę do handlu z Chinami – gra toczy się o wysoką stawkę (wyspa i cieśnina Nootka leżące u wybrzeży Vancouver były zresztą wcześniej przedmiotem rywalizacji między Brytyjczykami a Hiszpanami). Wyliczmy pola sporu w „Tabu” – Kompania Wschodnioindyjska, Korona, a wkrótce i Amerykanie walczą o cieśninę Nootka. Czy to oznacza, że przedstawiciele którejś z tych sił rozkazali zamordować starego Delaneya? Co łączy powracającego z wygnania młodego Delaneya i Kompanię Wschodnioindyjską? Dlaczego żywi wobec niej i osobiście wobec sir Strange’a tylko czystą nienawiść? Co właściwie robił przez
10 lat i skąd się wzięły diamenty, które ze sobą przywiózł? Kim są dziwne postacie prześladujące go w snach? To tylko część zagadek, część biznesowa. Są i tajemnice rodzinne. W Londynie mieszka także przyrodnia siostra Delaneya, Zilpha Geary (Oona Chaplin). Przed laty łączyło ich kazirodcze uczucie, zakazana miłość, do której James przyznaje się i teraz. Pod Londynem mieszka chłopiec, na którego wychowanie łoży James Delaney – to jego syn. A kim jest matka? Nie do końca jednoznaczną postacią jest stary sługa rodziny, niejaki Brace, zgryźliwy, lojalny, lecz kryjący w sobie jakąś tajemnicę. Kolejne komplikacje przyniesie wieść, że do spadku po starym Delaneyu prawa może sobie rościć także jego nowa żona, obecnie wdowa po nim, przybyła z Dublina. Nikt nie miał dotąd pojęcia, że takie małżeństwo zostało zawarte.
Młody Delaney to mroczniejsza odmiana hrabiego Monte Christo – wraca po latach, by się zemścić, w mieszku trzyma klejnoty, a jego dawna miłość ma już innego. Bardzo długo pozostaje jednak dla widza enigmą – nie dość, że nie wiadomo, który z powodów jego działań jest najważniejszy, to jeszcze wydaje się, że poza wszystkim przybył on do Londynu, by zrealizować jakiś większy plan, w którym wszyscy – przyjaciele i wrogowie – są tylko pionkami. Jedyne, co od samego początku jest pewne, to fakt, że bohatera cechuje nieprawdopodobna determinacja, jak taran rozbija kolejne przeszkody, przeraża i jednocześnie fascynuje. IDEALNIE DOPASOWANI Rola Delaneya to duże osiągnięcie Toma Hardy’ego, który całkowicie
przeznaczeniem
skupia na sobie uwagę natychmiast, gdy tylko pojawia się na ekranie. Brutalność, intensywność tej kreacji jest nieporównywalna z niczym, co dotąd robił ani jako bimbrownik w „Gangsterze”, ani w podwójnej roli bliźniaków Kray („Legenda”), ani jako komiksowy Bane w „Mroczny Rycerz powstaje”. Przede wszystkim dlatego że nie jest w swojej dzikości przesadzony. Mniej utalentowani scenarzyści nakazaliby mu zapewne wygłaszać tyrady pełne gróźb, Delaney tego nie potrzebuje, wystarczy pomruk, spojrzenie, wystarczy sama zastraszająca obecność. A jednocześnie widzimy go jako ofiarę rozrywaną przez własne demony. Bo kto właściwie wrócił z afrykańskiej dziczy do Londynu? Na ciele ma rytualne tatuaże, zawodzi do siebie w dzikich językach, rozmawia z duchami, wodą i ziemią, momentami zastanawiamy się, czy przy tym wszystkim nie jest także trochę niespełna rozumu. Byłoby to jednak szaleństwo w rodzaju tego, które dotknęło płk. Kurtza w „Czasie Apokalipsy”. Delaney w interpretacji Hardy’ego ma też godnego przeciwnika, jakim jest Jonathan Pryce jako dżentelmen kierujący Kompanią Wschodnioindyjską. Pryce przez większość ekranowego czasu zachowuje się jowialnie niby członek Dickensowskiego klubu Pickwicka, ale w inteligentnych oczach kryje się łotrostwo. Obsada to zresztą w ogóle wielki atut serialu, nie są to może prócz wspomnianego duetu gwiazdy pierwszej wielkości, ale bardzo dobrzy aktorzy, charakterystyczni, idealnie dopasowani do swoich ról. Realizacyjnie rzecz wypada znakomicie, XIX-wieczna Anglia jest brudna i odrażająca jak w najmroczniejszych kawałkach z Dickensa. Serial wyprodukowany został przez Scott Free Productions, firmę Ridleya Scotta. Reżyser „Gladiatora” i „Blade Runnera” pilnował zresztą wizualnej spójności serialu. Ogląda się to jak porządne kino – kolejny dowód na to, że granice między jakością produkcji telewizyjnej i kinowej szybko się zacierają. Fabule służy też formuła miniserialu (osiem części), jest czas na zbudowanie nastroju i napięcia, nie trzeba nigdzie się spieszyć, aktorzy mają miejsce na grę. Kiedy dwa miesiące temu można było oglądać część pierwszą,
niepokoiłem się trochę zapowiedziami autorów, że chcą pokazać Kompanię Wschodnioindyjską jako skrzyżowanie CIA z mafią i Świętą Inkwizycją – brzmiało to tak, jakby wrogowie Delaneya mieli przypominać organizacje wyjęte z thrillerów Roberta Ludluma czy Dana Browna. Na szczęście „Tabu” omija te rafy – brytyjscy rekini handlu mogą wiele, ale i oni muszą przestrzegać pewnych reguł, angielskie prawo obowiązuje wszystkich (ważne przypomnienie, bo to właśnie paragrafy w dużej mierze decydować będą o tym, jak potoczy się akcja w ostatnich odcinkach). A to, że dzięki odpowiednio dużym pieniądzom można sobie pozwolić na więcej, najmując do roboty osobników chętnych do ominięcia prawa, nie jest niczym wyjątkowym akurat dla tego miasta, tego kraju i tej epoki. Jednocześnie same narzucają się porównania do czasów współczesnych: bohater „Tabu” jest wszak samotnym strzelcem, który zmaga się z wielką korporacją, a kiedy Korona, czyli państwo, naprawdę zechce pokazać, jak wielką siłą dysponuje, bez wahania swoją wyjątkową pozycję wykorzysta. Kto serialu jeszcze nie oglądał (HBO zacznie pokazywać go od 17 marca, ja seans pokazał już całość w serwisie HBO GO) i zna na razie jedynie zwiastuny, może zastanawiać się nad tym, czy rzecz nie skręca zanadto w kierunku jakichś paranormalnych dziwactw. Spieszę widzów uspokoić – ten element jest tu wykorzystany na dwa sposoby: po pierwsze, Delaney w Londynie otoczony jest nimbem dzikiego człowieka, ale większy lęk budzą plotki o tym, że dopuścił się aktów kanibalizmu, niż opowieści o tym, że jest czarownikiem. Ponadto wszystkie jego rytuały, jego wyniesiona z Afryki „nowa duchowość” (szydzę tu z premedytacją), czyli rozmawianie z ptaszkami, duchami umarłych, zaklęcia mamrotane podczas kreślenia dziwnych rysunków, służą raczej, by podkreślić, że w świecie Zachodu jest wyrzutkiem z wyboru. Dwa razy pojawia się w serialu lekka sugestia, że świat zjaw z udręczonego umysłu Delaneya manifestuje się także w realu, ale wszystko jest łatwo wytłumaczalne – a dala od Afryki, w świecie Zachodu, w świecie kamiennych
domów i strzelniczego prochu przeczucia oraz wypadki szczególnej więzi między kochankami oraz rodzeństwem nie są przecież zjawiskiem nieznanym.
DLA WYBREDNYCH Dokąd prowadzi nas cała ta historia? Kibicujemy Delaneyowi w jego boju „sam przeciw wszystkim”, takie historie zawsze są emocjonalnie angażujące, a kiedy determinacja głównego bohatera jest ogromna, pojawia się pytanie: Czy to misja samobójcza, czy jednak wszystko to może służyć czemuś więcej? Jak wygląda szerszy kontekst? Jakie ujrzymy przesłanie? Bo to, że mamy do czynienia z wielką wendetą, jest oczywiste od samego początku. James Keziah Delaney jest produktem cywilizacji, którą odrzuca, bo uznał ją za zbrodniczą, skorumpowaną, pełną hipokryzji. Wyście mnie takim uczynili – mógłby powiedzieć – moje grzechy są więc dowodem na to, jak sami grzeszni jesteście. Bohater „Tabu” nie jest bowiem – i tu podstawowa różnica wobec schematu „Hrabiego Monte Christo” – jedynie niewinną ofiarą, która po latach upomni się o sprawiedliwość. Sam czynił rzeczy straszne – najpierw w służbie cywilizacji, potem, by przeżyć, a i na końcu, gdy pojawia się w Londynie jako anioł zemsty, nie waha się sięgać po środki ostateczne. Czy bunt tego, kto – sięgnijmy po dobre określenie – „wykonywał tylko rozkazy” – będzie wyłącznie historią zemsty, czy doprowadzi także do odkupienia win? Tutaj w samym zakończeniu pojawią się w tej ocenie tony fałszywe, czego bliżej roztrząsać nie chcę, by nie wyjawiać puenty. Tak czy inaczej serial wyprodukowany na zamówienie BBC i amerykańskiego kanału FX (choć pokazywany jest w Polsce przez HBO, to nie jest to produkcja HBO) zadowoli nawet bardzo wybrednych miłośników telewizyjnej rozrywki. Brutalny i melodramatyczny, efektownie zagrany, z sugestywnymi, nastrojowymi kadrami i niemal apokaliptycznym klimatem. Jeśli chodzi o nastrój, to przypomina współczesne thrillery, jeśli chodzi o fabułę – to raz jeszcze odwołam się do Aleksandra Dumasa i Karola Dickensa. Kiedy bowiem odejmiemy kreację Hardy’ego i sugestywny klimat, dostrzeżemy, że „Tabu” oferuje intrygę równie nieprawdopodobną, co XIX-wieczne powieści wspomnianych (choć różnych) autorów. To nie jest jednak zła rekomendacja.