Czwarty sezon „Gry o tron” przynosi coraz większe kłopoty Lannisterów, nowych graczy w Królewskiej Przystani, przemianę Daenerys w królową oraz efektowny atak dzikich na Mur. Widzowie znający sagę tylko z telewizji otrzymują wiele satysfakcji, choć coraz wyraźniejsze stają się różnice między serialem a powieściami George’a R.R. Martina.
W czwartym sezonie „Gry o tron” mocno zmienia się dynamika ważnych wątków. Ród Lannisterów popada w coraz większe kłopoty, a w Królewskiej Przystani pojawiają się nowi chętni do walki o władzę (i do wymierzania sprawiedliwości, czytaj – zemsty). Sytuacja na dalekiej północy, gdzie czuwa przetrzebiona Nocna Straż, doprowadzi nas do najefektowniejszego jak dotąd odcinka, w którym armie dzikich zaatakują Mur, na południu zaś Daenerys Matka Smoków na dobre zmieni się w królową. Fani znający sagę George’a R.R. Martina tylko z telewizyjnej adaptacji będą mieli podczas oglądania mnóstwo powodów do satysfakcji. Ci, którzy najpierw pokochali książki, znajdą coraz więcej powodów do sarkania, bo świat powieściowy i świat serialowy zaczynają się coraz bardziej rozjeżdżać. Pisarz zapowiedział kilka dni temu, że w piątym sezonie oczekiwać będzie można pod tym względem prawdziwej rewolucji: scenarzyści uśmiercą bowiem wiele postaci, które nadal występują (i będą występować) w książkach Martina. Tym jednak martwić się będziemy dopiero od kwietnia, kiedy to w HBO pojawią się nowe odcinki „Gry o tron”.