Po odejściu J.J. Abramsa do serii Gwiezdne wojny reżyserię przejął Justin Lin, znany z serii Szybcy i wściekli — dba o akcję, ale scenariusz rozpaczliwie niedomaga. Załoga Enterprise’a walczy o przetrwanie na planecie, gdzie okrutny Krall szykuje superbroń przeciw Federacji, a fabułę wypełniają zgrane odzywki; najciekawsza z obcych, Jaylah, przypomina bohaterkę z gry Mass Effect. Filmowi brakuje sensu i świeżości, przez co spory o wierność duchowi starego Star Treka są bezprzedmiotowe.
J.J. Abrams oddelegowany ku nowemu wyzwaniu – serii „Gwiezdne wojny” – osierocił swoje poprzednie dziecko, czyli udanie wskrzeszonego kinowego „Star Treka”. Efekt jest bolesny. Następca, czyli Justin Lin, znany dotychczas głównie z reżyserowania serii „Szybcy i wściekli”, dba o sekwencję akcji, ale scenariusz rozpaczliwie niedomaga i jest pełen najbardziej zgranych odzywek, jakie można sobie wyobrazić. Załoga „Enterprise’a” walczy o przetrwanie na planecie, gdzie superbroń przeciw Federacji szykuje okrutny Krall, ów Krall okazuje się osobnikiem, który żywi bardzo osobiste urazy, najciekawsza z obcych (Jaylah) wygląda jak bohaterka pożyczona z gry „Mass Effect”, a por. Sulu zostaje przerobiony na geja. Sensu w tym brak, świeżości też, a spory toczone przez niektórych recenzentów o to, jak bardzo film oddaje ducha „starego »Star Treka«”, są bezprzedmiotowe. Nie o ducha tu chodzi, ale o to, że słabizna.