ReżyseriaPatryk Vega
WystępująPiotr Adamczyk, Enrique Arce, Andris Keiss, Aleksey Serebryakov
Rok produkcji2021

Policjant Robert Goc, dręczony wyrzutami sumienia po porwaniu małej Oli, przez lata przemierza Rosję, Ukrainę, Wielką Brytanię i Tajlandię tropem międzynarodowej siatki handlującej dziećmi. Piotr Gociek uznaje „Small World” za najlepszy film Patryka Vegi od lat i docenia ważny temat, rosyjski segment, część wstrząsających scen oraz role zagranicznych aktorów, ale krytykuje nierówny scenariusz, amatorską realizację innych fragmentów, epatowanie obrzydliwością zamiast budowania napięcia i brak producenckiej dyscypliny, przez co obiecujący materiał pozostaje kinowym półproduktem.

„Small World” to najlepszy od lat film Patryka Vegi. Ale to wciąż za mało, by powiedzieć, że jest to film dobry

Jedna z kategorii polskich antynagród popkulturowych Węże (naszego odpowiednika Złotych Malin) nosi miano „żenujący film na ważny temat”. Nowy film Patryka Vegi nie kwalifikuje się w całości do tej szufladki, ale puka do niej mocno. Na szczęście są w tym dziełku także kawałki całkiem udane, co sprawiło, że od niektórych zaprzyjaźnionych dziennikarzy i krytyków usłyszałem zdanie: „Najlepszy film Vegi od lat”. Owszem, wypada jednak wspomnieć, że w tym zdaniu trzeba skoncentrować się na słowie „Vegi”, a nie „najlepszy”. Twórca „Pitbulla” stworzył własną kategorię produktów kinowych i tylko w niej może się ścigać z konkurencją. Znaczy z samym sobą. „Small World” przypomina bowiem – albo może ostatecznie przekonuje – że Patryk Vega jest najbardziej popularnym amatorem wśród polskich filmowców. Czy ma talent prawdziwego filmowca?

Uważam, że przed laty pokazał, że tak. Szybko jednak wpadł w pułapkę fałszywie rozumianej niezależności. Chełpi się tym, że kręci filmy bez pomocy PISF, że to przedsięwzięcia w pełni samofinansujące się (i zarabiające sporo dla prywatnych inwestorów). Ale będąc sam sobie żeglarzem, sterem i okrętem, zamknął się we własnym getcie produkcji tak naprawdę półamatorskich. Co z tego, że wyświetlane są w prawdziwych kinach, grają w nich prawdziwi aktorzy i zarabiają prawdziwe pieniądze, kiedy są to tak naprawdę półprodukty? W „Small World” widzimy, że Vega potrafi nakręcić ładną sekwencję samochodowego pościgu, ale nie ma zielnego pojęcia, jak postawić kamerę, żeby obraz opowiadał historię na równi z dialogami. Błyśnie mrożącą krew w żyłach sceną rozmowy policjanta z próbującą go uwieść lolitką stręczoną przez pedofilów, ale kawałek dalej w tym samym pomieszczeniu zaaranżuje żenująco idiotyczną sekwencję torturowania amoralnej pani fotograf. Ma na tyle pomysłowości (i siły przekonywania), by zatrudnić do fragmentów rozgrywających się w Rosji rosyjskich aktorów, lecz nie zauważa, że o głowę przerastają tych, których wynajął do fragmentów rozegranych w Wielkiej Brytanii – i że jest to poważny problem, bo rosyjski segment wygląda jak rasowy kryminał, a segment brytyjski – jak amatorski teatrzyk kryminalny. POGROMCA I OFIARA Wszystkie te problemy rozwiązałby prawdziwy producent wspomagany przez gromadę fachowców skupionych na wydobyciu z reżysera tego, co najlepsze, a zatuszowaniu jego wad. Rozwiązałoby prawdziwe studio produkcyjne, którego szef walnąłby pięścią w stół po projekcji roboczej i zakrzyknął, że w tej formie to się jeszcze nie nadaje, ale ma pomysł, jak rzecz naprawić. Rozwiązaliby scenarzyści zatrudnieni do poprawienia nierównego scenariusza; nieważne, czy ghostwriterzy czy script doktorzy. Na to wszystko Vega nie ma czasu, pieniędzy ani ochoty. Żal każdej minuty, bo obiecało się sponsorom trzy premiery rocznie, żal wydatków na ustawienie sceny, która będzie wyglądała lepiej niż w przeciętnym serialu telewizyjnym, a już na pewno nie ma czasu ani partnerów, z którymi można byłoby zatrzymać się, cofnąć o krok i spojrzeć trzeźwym okiem na cały projekt, a potem solidnie popracować nad jego ostatecznym kształtem. W tym sensie jest Vega tak samo pogromcą polskiego środowiska filmowego, jak jego ofiarą. Kpi w żywe oczy z konkurencji i pokazuje kwitki z rekordowymi wpływami z kasy. A jednocześnie urodził się w niewłaściwym kraju, bo gdyby taki

upór, determinację i (będę się upierał) talent pokazał w Wielkiej Brytanii czy USA, to pracowaliby z nim najlepsi (czytaj: rugowali jego błędy i pokazywali tajniki fachu) – gdyby tylko chciał się od nich uczyć. W Polsce jednak prawdziwych speców od dobrego kina rozrywkowego niestety brak (Machulski dawno się wypalił, młodsi miewali tylko pojedyncze złote strzały), więc Vega kręci sobie sam. Wolny jak amator i błądzący jak amator. DZIEŁO UKRYTE W „Small World” Vega bierze się za bary z problemem ponurym i odrażającym: światowymi siatkami pedofilskimi oraz powiązanymi z nimi handlarzami żywym towarem. Zapowiedzią filmu był wstrząsający, chyba najlepszy w karierze reżysera zwiastun – obietnica, z której Vega nie do końca się wywiązał. Główny bohater to polski policjant Robert Goc grany przez Piotra Adamczyka. Targany wyrzutami sumienia (nieświadomie przyczynił się do powodzenia pewnego porwania) Robert zamienia się w niestrudzonego psa gończego. „Nie jesteś w stanie uratować milionów dziewczyn sprzedawanych każdego dnia” – drwi z niego jedna z obleśnych figur, które spotka na swojej drodze. Ale policjant wie, że kto jedno życie ratuje, to jakby cały świat ocalał. No i walczy o własne odkupienie. Podąża więc za bandziorami przez Rosję, Ukrainę, Wielką Brytanię aż do Tajlandii.

Opowieść rozciągnięta jest na długie lata, podczas których zgłębianie sekretów odrażającego świata pedofilskich siatek mocno odbija się na jego psychice, co zresztą szczerze wyznaje rosyjskiej policjantce, z którą w pewnej chwili połączy siły. Rosyjskie sekwencje są bez wątpienia najlepsze w całym filmie. Mała Ola uprowadzona została przez ciężarówkę należącą do wędrownego wesołego miasteczka, zwabiona rosyjskimi cukierkami i wywieziona za naszą wschodnią granicę. Przypadkowa tragedia (wybuch gazu na jednym z blokowisk) sprawi, że w ręce rosyjskiej policji trafi wielce podejrzany osobnik opiekujący się pięciorgiem adoptowanych dzieci. Tyle że zdjęcia i filmy znalezione w jego mieszkaniu demaskują go jako pedofila. Olega gra łotewski aktor Andris Keiss (znany nam choćby z „Niemiłości” Zwiagincewa), a jego brata Kiryła – wybitny rosyjski aktor Aleksiej Serebriakow (rewelacyjna rola w „Lewiatanie” tegoż Zwiagincewa, a ostatnio występ gościnny w thrillerze „Nikt” u boku Boba Odenkirka). Wspomaga ich znana głównie z występów w rosyjskich serialach Anastasiya Mikulchina (policjantka Tania). I to przede wszystkim oni pomagają filmowi „Small World” wznieść się na nieosiągalny dla polskiego skandalisty poziom. Chwilowo, bo pół godziny później, akcja skacze o kilka lat w przód, a dzielny polski policjant wyruszy do Anglii, gdzie zarówno jakość obsady, jak i dialogów dramatycznie spada. Prócz jednej, głęboko poruszającej sceny, o której wcześniej pisałem – sceny, w której policjant rozmawia z jedną z ofiar pedofilów, dziewczynką o mózgu wypranym na tyle, że swe wdzięczenie się do „obcych wujków” uważa za coś naturalnego. Dalszych zwrotów akcji zdradzał nie będę. Kto widział zwiastun, ten wie, w jakim kierunku opowieść zmierza. Vega, który już przy swoich gangsterskich filmach chwalił się nieustannie, jak bardzo prawdziwe są postacie i wydarzenia, odrobił lekcję dobrze i szokujące kulisy biznesu pedofilskiego pokazał bezlitośnie. Czasem za bardzo, każąc wprost mówić z ekranu jakiejś postaci (jak wiekowej streetworkerce w Tajlandii pod koniec filmu). Jednocześnie był Vega swoim największym wrogiem, bo wciąż nie potrafi zrozumieć, że budowanie napięcia to nie to samo, co budowanie poczucia obrzydzenia. Najpopularniejszy polski reżyser nie potrafi opowiadać historii – bo samo zestawienie rozmaitych scen nie zamienia ich jeszcze w ciekawą historię. „Small World” to film, w którym kryje się dzieło ważne i wstrząsające (przynajmniej na miarę produktów popkultury), ale nikt nie ociosał go z kawałków głupich, żenujących i niepotrzebnych. Vega jest jak bohater tego filmu: dotyka ważnych kawałków problemu, ale nigdy nie widzi pełnego obrazu. DRAŻNIENIE LIBERAŁÓW A przecież zostaną nam w głowie po seansie rzeczy, co do których twórca „Pitbulla” miał jak najbardziej rację. Przedziwna więź miłości-nienawiści uzależniająca ofiary od sprawców (widzimy to w scenach z Tajlandii). Chora, pokręcona psychika rosyjskiego pedofila Olega, który we własnym mniemaniu jest czułym zastępczym tatusiem głęboko zakochanym w dzieciach, którymi się „opiekuje”. Wielkie wpływy pedofilskiego lobby i pedofilskiego podziemia w kręgach ludzi bogatych i wpływowych. Vega drażnił będzie liberałów, bo uderza w swym filmie w artystyczną bohemę oraz mocno wypowiada się przeciw aborcji. A jeszcze bardziej tym, że czarne charaktery w jego filmie to sataniści, a nie księża. I Kościół ładnie pokaże, i dziewczynki idące do pierwszej komunii, i każe bohaterowi udzielić krótkiego wykładu o tym, że jeśli już poddać się czemuś silniejszemu od nas, to nie powinny być to żądze, lecz może Bóg, może sumienie. Zarazem schodzi z linii strzału, bo ani słowa u niego o tym, jak często ofiarą pedofilów są mali chłopcy. To bowiem przypominałoby o tym, że często gejowskie fascynacje nie kończą się na wyborze strojów na Paradę Równości. „Small World” jest rzeczywiście najlepszym od lat filmem Vegi – nie świadczy to jednak zbyt dobrze o poziomie pozostałych jego filmów. Kinowy półprodukt pozostaje półproduktem – nawet jeśli są w nim dobre fragmenty i ważne obserwacje. Nakręcony w większości po angielsku i rosyjsku „Small World” ma być, jak się domyślam, biletem Vegi w wielki świat zagranicznej dystrybucji. Świat umiejętności Vegi pozostaje jednak raczej mały. Na pewno mniejszy od jego ambicji.

← PoprzedniaNastępna →