Sześcioczęściowa satyra Patryka Vegi przedstawia karykatury najważniejszych postaci polskiej polityki, przede wszystkim rządzącej prawicy, ale także opozycji. Piotr Gociek ocenia film jako wtórny, jednostronny, wulgarny, nudny i niemal pozbawiony humoru; zarzuca mu też, że zamiast demaskować kulisy władzy, powtarza obiegowe żarty, plotki i medialne oskarżenia.
Wchodzi Kubuś Puchatek do sklepu mięsnego, wyciąga karabin i nap…la: ratatatatatatata! I wrzeszczy: »To za Prosiaczka!«”. Kiedy niby-Misiewicz opowiedział z ekranu ten niby-dowcip, publika lekko się zaśmiała. Dopiero pierwszy raz, a minęło już dobre pół godziny najnowszego filmu Patryka Vegi „Polityka”. Żarcik drugiej świeżości, w dodatku nie Vega go wymyślił – to stwierdzenie jak ulał pasuje do całej produkcji, która nadaje nowe znaczenie słowu „kuriozalna”. Tak jak „Kler” Wojciecha Smarzowskiego był składanką kilkunastu wątpliwej jakości antyklerykalnych dowcipów
przedstawionych w formie filmowych scenek, tak i „Polityka” jest antypisowskim „the best of…” w wersjach zaczerpniętych już nawet nie z „Wyborczej”, lecz wprost z mokrych rojeń najbardziej zapalczywych KOD-ziarzy. Chwalił się zawsze Vega, jakiego to dogłębnego researchu dokonuje, jakie to sekrety ujawnia (mafii, policji, lekarzy). Teraz też opowiadał w wywiadach o dogłębnych studiach na temat tajników brudnego politycznego biznesu. Bzdura, nic z tego, to, co widzimy na ekranie, nie wykracza poza obiegową wiedzę z internetowych antypisowskich przedsięwzięć pseudosatyrycznych w stylu facebookowego profilu Sok z Buraka
oraz doniesień nieprzepadających za obecną władzą mediów. Doniesień, których jednostronną optykę (to taka delikatna forma na określenie manipulacji i kłamstw) Vega bezkrytycznie przyjmuje. Oglądałem „Politykę” w środowe popołudnie, pierwszego dnia wyświetlania, w sporym warszawskim multipleksie. Sala była zapełnienia w trzech czwartych, seanse wyznaczone co pół godziny, co jest bez wątpienia zapowiedzią weekendowych kompletów. Kiedy jednak Vega chwalić się będzie setkami tysięcy sprzedanych w premierowym tygodniu biletów, proszę pamiętać, że film na ekrany wprowadzony został
Niby-komedia, niby-thriller polityczny, a tak naprawdę kinowa wersja Soku z Buraka – ot i cała „Polityka” Patryka Vegi
Reżyser zrobił film złożony z gagów, miejscami mocno żenujących
właśnie w środę, kiedy to największe sieci kin oferują bilety za pół ceny. Sześć odsłon „Polityka” składa się z sześciu odsłon, które w kolejności chronologicznej pokrótce opiszę [uwaga spojler]. Pierwsza: „Pani premier”. Wiejska kobiecina karmi na podwórku kury. „Taś, taś!” – woła. Biegnie do niej zaaferowany mąż. Przyszły wieści z Warszawy. Niby-Szydło, czyli filmowa Jadwiga (Ewa Kasprzyk), ma zostać premierem, twarzą dobrej zmiany. „Twarzą, nie mózgiem” – napomina ją niby-Kaczyński (Andrzej Grabowski) na odprawie w swym gabinecie. Niby-Szydło każe usunąć z sali posiedzeń rządu flagę Unii Europejskiej, bo kolor niebieski zlewa się z barwą jej garsonki, rzuca tekstami w stylu „niedzielna praca w g… się obraca”, nie ma o niczym pojęcia i najchętniej obierałaby ziemniaki w kuchni. Jej mąż to ciamajdowaty safanduła (Tadeusz Chudecki), który wykrzesze z siebie nieco energii dopiero w ostatnich scenach tego rozdziału, gdy wstrętny niby-Kaczyński pozbędzie się pani premier. Wtedy to imć mąż odgraża się, że pojedzie do szefa partii i powie mu, „że z niego ch… nie prezes”. Część druga. „Pupil”. To dzieje wzlotu i upadku młodego cymbała niby-Misiewicza. Arek (Antoni Królikowski) to świętoszkowaty student z Torunia, który zostaje szefem gabinetu politycznego niby-Macierewicza (Janusz Chabior). Niby-Macierewicz jest chorym psychicznie osobnikiem, który gdy czuje, że jest mu gorzej, jeździ do szpitala psychiatrycznego na elektrowstrząsy. Niby-Misiewiczowi władza uderza do głowy, czego dowodem jest wysyłanie żołnierzy po burgery, sprowadzanie do gabinetu panienek na fellatio za biurkiem, rozbijanie się po nocnych klubach i pomiatanie wojakami przy wszystkich możliwych okazjach. Z tej części filmu dowiadujemy się także, że Ojciec Dyrektor (Zbigniew Zamachowski) uknuł szczwany plan. Zmusi nowego premiera, ksywa Bankster (Marcin Bosak w roli niby-Morawieckiego), żeby obficie dotował TV Ufam w zamian za ukrycie niewygodnych dla Bankstera afer finansowych. Elementem dealu mają być nominacje na sędziów dla studentów Ojca Dyrektora, którego uczelnia „nawet nie prowadzi wydziału prawa”. Najbardziej oryginalnym wkładem scenariuszowym w ten segment filmu jest parokrotne poinformowanie widza, że niby-Misiewicz „się
zes…ał”. I scena imprezki narkotykowej, podczas której niby-Macierewicz obmacuje niby-Misiewicza po łydce i czyni mu inne homoseksualne awanse. Część trzecia. „Prawdziwy romans”. Tu głównymi postaciami są świętoszkowaty poseł Skiba (Zbigniew Kozłowski), pupilek Ojca Dyrektora, teoretycznie przykładny mąż i ojciec rodziny, a tak naprawdę erotoman, który wikła się w romans z Julią (Karolina Szymczak). Jednak nie seks będzie przyczyną jego upadku, lecz knowania Ojca Dyrektora, który nakazuje mu zorganizować nową partię na prawicy. Europa Christi ma być narzędziem szantażu i wyduszenia z rządzących kolejnych pieniędzy. To zaś nie uchodzi uwadze niby-Mariuszowi Kamińskiemu (Tomasz Sapryk). Pojawiający się w drugim planie minister od służb specjalnych haki ma na każdego i na polecenie Prezesa kompromituje posła Skibę. Część czwarta. „Ojciec Dyrektor”. Z niej dowiadujemy się (po raz kolejny), że właściciel TV Ufam to chciwiec bez miary, który swą miłość do pieniędzy maskuje pobożnością. A że marzy mu się „zjednoczenie Polaków” przeciw wspólnemu wrogowi, nakazuje młodej reporterce ze swej szkoły (Basia – w tej roli Anna Karczmarczyk) dokonać prowokacji. Ma przeniknąć w szeregi lewaków i nakłonić ich do zorganizowania urodzin Józefa Stalina (w czym pomaga jej towarzyszący specjalny wysłannik Ojca Dyrektora, osiłkowaty ksiądz grany przez Tomasza Oświecińskiego). Naiwne dziewczę słono zapłaci za swe wyczyny, najpierw zaćpany marychą lewak pozbawi ją dziewictwa, potem banda nazioli ją zgwałci. Co specjalnie Ojca Dyrektora nie martwi, bo jako spec od propagandy „ma już pomysł na ten gwałt”. Część piąta. „Prezes”. Niby-Kaczyński wychodzi ze szpitala, gdzie operowano mu kolano. Dostaje do pomocy sympatycznego speca od fizjoterapii, który spędza w domu Prezesa długie godziny i pomaga mu wrócić do pełnej sprawności. Między Bartkiem (Maciej Stuhr) a niby-Kaczyńskim nawiązuje się nić sympatii, razem piją herbatkę i oglądają amerykańskie rodeo w telewizji. Prezes zwierza się chłopakowi, że brakuje mu brata. Ta przyjaźń jest jednak skazana na smutny koniec, bo szlachetny Bartek odkrywa, że wszystko, co Prezes mówi o Polsce i Polakach, mówi na serio, co jest dla niego nie do przyjęcia. Część szósta. „Ale to już było”. Wracamy tu do sceny z części pierwszej, kiedy
to kolumna rządowa niby-Szydło staranowała auto nieszczęsnego staruszka, Stefana Drzewieckiego (Daniel Olbrychski). Policja i prokuratura na polecenie władzy preparują oskarżenia pod adresem Stefana, obwiniając go o spowodowanie wypadku. Policjanci chcieliby być uczciwi i wiedzą, jak było naprawdę, ale zwierzchnicy im zakazują. Potem pojawia się element krytyki pod adresem opozycji. Niby-Schetyna, który tu zwie się Pacyna (Zbigniew Suszyński), proponuje Drzewieckiemu start z list opozycji. Nie tylko jest ofiarą reżimu, lecz także ma nazwisko takie samo jak minister od służb specjalnych, co ma gwarantować mu sukces. Korzyścią dla biednego nauczyciela historii, obecnie hodującego pszczoły, ma być pensja poselska oraz kasa z przekrętów kampanijnych. Zdumiony Drzewiecki dowiaduje się bowiem, że politycy żyją z przekrętów: na fakturze zapisano tysiąc plakatów, wydrukowano i wywieszono dziesięć, różnica trafia do kieszeni. Przewodniczący Pacyna jest postacią daleko mniej złowrogą od wszechmocnego Prezesa. To zwykły cynik i geszefciarz, którego największym zmartwieniem są podkładający sobie nawzajem świnie działacze. Spragniona miejsca na listach aktywistka przynosi Pacynie kompromitujące zdjęcia swego głównego partyjnego konkurenta do „jedynki”. Ten w rewanżu pokazuje szefowi wydruki e-maili, w których wspomniana pani wyraża się o Pacynie mało przychylnie. Bez równowagi To próba wykazania przez Patryka Vegę, że jego film jest ogólnie o bagnie, jakim jest świat polityki, a nie jednostronna krytyka obecnej władzy. Ale proszę nie mieć złudzeń, nie ma tu równowagi ani jeśli chodzi o czas ekranowy, ani o ciężar zarzutów. Ciapowata chciwa opozycja, czyli niby-PO, pokazana jest może przez dziesięć minut, reszta to jazda po niby-PiS. Który to niby-PiS składa się z ludzi całkowicie niekompetentnych (niby-Szydło, niby- -Misiewicz), chciwych (generalnie wszyscy), wariatów (niby-Macierewicz), uwikłanych w afery i bezdusznych (niby-Morawiecki), nadużywających władzy (ponownie – wszyscy, ze szczególnym uwzględnieniem niby-Kamińskiego). Wszystkimi zaś steruje niby-Kaczyński, cynik z nich wszystkich największy. Ten filmowy niby-PiS ma w nosie obywateli, szarpie tylko kasę dla siebie,
wie, że „500 plus jest na kredyt”, używa policji, prokuratury i sądów do własnych politycznych celów oraz łamie konstytucję i wprowadza dyktaturę. Argumentów uzasadniających te ostatnie oskarżenia brak, wiemy to tylko stąd, że dokądkolwiek się ruszą bohaterowie filmu, tam demonstrują przeciwnicy władzy skandujący „Kon-sty-tu-cja!” oraz „Precz z Kaczorem Dyktatorem!”. Często używam słowa „niby”, bo oddaje ono najlepiej to, czym jest nowy film Patryka Vegi. Niby-komedia, bo śmiech na sali kinowej rozlega się rzadko. Najgłośniej przy scenie, kiedy po kokainie w gabinecie niby-Macierewicza ten ostatni wraz z niby-Misiewiczem pląsa w takt przeboju disco polo. Ale nawet to nie jest śmiech wywołany dobrym gagiem, tylko tym, że ludzie najwyraźniej lubią rechotać na widok znanych aktorów robiących z siebie idiotów. Dzieło niby-demaskatorskie, a w istocie niewychodzące przecież poza przegląd fobii z Czerskiej, Wiertniczej i portali naTemat czy OKO.press. Scenariusz firmuje swoim nazwiskiem Olaf Olszewski (wcześniej napisał „Botoks” i „Kobiety mafii”). Równie dobrze mogliby być pod nim podpisani Paweł Kasprzak z Obywateli RP albo Adam Mazguła z KOD. Wtedy można byłoby dołożyć nawet: konsultacja scenariuszowa i dialogi: Franciszek Jagielski, ksywa „Farmazon”. Nad wszystkim zaś unosi się duch panświnizmu znany dobrze z wypowiedzi Janusza Palikota, a wcześniej z tygodnika „NIE” Jerzego Urbana. Jest jednak jedna rzecz, przy której dopisać „niby-” nie mogę. Powinniśmy – co prawda – być już przyzwyczajeni
do tego, że Patryk Vega granice dobrego smaku zostawił już dawno za sobą, jednak w „Polityce” bije własne rekordy chamstwa i nieczułości. Co gorsza, podejrzewam, że czyni to, nawet nie zauważając, że kolejną granicę przekroczył. Scena, w której posłowie urządzający w hotelu poselskim libację obłapiają piękną Julkę, którą poznali „na miesięcznicy smoleńskiej”, jest po prostu odrażająca. To samo tyczy sugestii, że Ojciec Dyrektor nie tylko pochwala gwałcenie kobiet, lecz także nawet nie przeszkadza mu inspirowanie tegoż. Próba „uczłowieczenia potwora” dialogiem, w którym Prezes wspomina dzieciństwo i zabawy z bratem, jest obrzydliwym żerowaniem na jego nieszczęściu. Sceny, w których kaplica sejmowa jest miejscem rzucania przez posła Skibę wiązankami grubych przekleństw, są zwyczajnie wstrętne i głęboko raniące dla ludzi wierzących. Jedyną naprawdę zabawną sceną w całej „Polityce” jest ta, kiedy ujeżdżająca w łóżku posła Skibę kochanka prosi go, by podczas seksu coś do niej mówił. Ten zaczyna od „O, jaka jesteś… piękna”. „Nie!” – odpowiada Julia – „mów tak jak w Sejmie!”. Wtedy poseł cudzołożnik zakłada okulary i zaczyna krzyczeć „Degeneraci, zboczeńcy!”, co zwiększa jego i jego kochanki erotyczną ekstazę. Śmiejemy się nie dlatego, że to film o polskiej polityce, ale dlatego, że hipokryta zdemaskowany jest dobrym obiektem kpin.
Nudno i nieśmiesznie Reszta jest milczeniem. Pełnym zażenowania milczeniem. Oczywiście można by zadać Vedze kilka prostych pytań.
Dlaczego szukając nieudolnej premier do obśmiania, zapomniał o Ewie Kopacz i jej posiedzeniach ciasteczkowo-herbacianych z psiapsiółkami w siedzibie rządu. Dlaczego szukając okazji do żartów polityczno-homoerotycznych, nie pamiętał o tym, że to minister Sławomir Nowak karierę zaczynał jako model męski, a jego ulubionym asystentem był Michał Klimczak, 23-latek, który nie ukończył jeszcze studiów, za to działał w partyjnej młodzieżówce. Czemu rozglądając się za księdzem hipokrytą, pominął Kazimierza Sowę, miłośnika drogich samochodów i garniturów, brylującego bez koloratki na rozmaitych imprezach towarzyskich. I tak dalej, i tym podobne. Nie ma sensu pytać, bo odpowiedź już znamy. „Dlaczego nie kontestował pan poprzedniej władzy, kiedy rządził Donald Tusk?” – chciał wiedzieć słuchacz Radia Zet, gdy Vegę przepytywała Beata Lubecka. „Widocznie wydawało mi się to wtedy nieinteresujące” – odparł Vega. Vega niczego nie demaskuje, niczego nie ujawnia, niczym nie bawi. Nakręcił film dla tych, którzy i tak już uważają, że rządy PiS wyglądają tak jak w „Polityce”. Wyszło mu przy tym dzieło zwyczajnie nieśmieszne i nudne. Pod tym względem nie jest więc „nowym Wajdą liberalno-lewicowego salonu”, tylko nowym Jerzym Stuhrem, nie jako aktor rzecz jasna, lecz jako niby-autorytet moralny i jako reżyser. Bo to przecież Jerzy Stuhr nakręcił swego czasu niby-komedię polityczną „Obywatel”, tak słabą i mało śmieszną, że początkowo nawet jego salonowi koledzy z PISF nie chcieli dać na nią pieniędzy. Na sam koniec „Polityki” Vega przypomina sobie, że chciałby być też moralistą. Dlatego pokazany w ostatniej części filmu ideowy Drzewiecki, grany przez Olbrychskiego, jest głęboko zdumiony i zniesmaczony praktykami zawodowych polityków, którzy drą jego kartki z programem. Drzewiecki-Olbrychski do Sejmu się jednak dostaje i jako marszałek senior otwiera pierwsze posiedzenie nowej kadencji. W przemówieniu przypomina o konstytucji, demokracji i innych ważnych rzeczach. Vega nie jest jednak żadnym moralistą ani demaskatorem, tylko Patrykiem Vegą, więc w ostatniej scenie każe Olbrychskiemu wejść na fotel marszałka, zdjąć spodnie, odwrócić się i pokazać nam wszystkim gołą d… Trudno o dzieło, które lepiej komentowałoby się samo.
Vega nakręcił film dla tych, którzy i tak już uważają, że rządy PiS wyglądają tak jak w „Polityce” fot. materiały prasowe