Widowisko katastroficzne o wielkim trzęsieniu ziemi, w którym strażak zabiera służbowy helikopter, by w prywatnej misji ratować żonę zamiast ofiar kataklizmu. Mimo kapitalnych scen zniszczenia San Francisco, z losem mostu Golden Gate na czele, całość wypada jako jeden z głupszych filmów gatunku: schematy kina katastroficznego odtwarzane są mechanicznie i płasko, niczym w grze komputerowej prowadzącej bohaterów od punktu A do B. Jedynym spoiwem pozostaje charyzma Dwayne’a Johnsona, kreowanego na Schwarzeneggera XXI wieku.
„San Andreas” to jeden z głupszych filmów katastroficznych, jaki można było zobaczyć, a można było zobaczyć wiele. Nie zmienią tego nawet kapitalne sceny zniszczenia San Francisco (uwadze warto polecić los mostu Golden Gate). Chociaż próbuje trzymać się reguł gatunku (najpierw mała tragedia, potem wielka tragedia, katastrofa okazją do reintegracji rodziny itd.), czyni to bez wdzięku, mechanicznie i płasko, jakbyśmy mieli do czynienia z grą komputerową, w której postawiono scenarzystom zadanie: „Potrząsając ekranem, przeprowadź bohaterów od punktu A do punktu B”. Całość trzyma się na charyzmie Dwayne’a Johnsona, czyli wrestlera-aktora próbującego być w Hollywood Arnoldem Schwarzeneggerem XXI w. Jednak czy Schwarzenegger w roli strażaka wziąłby sobie służbowy helikopter i zamiast ratować ofiary kataklizmu, poleciałby w prywatnej misji ratunkowej, trzymając żonę za kolanko? Wątpię.