Ratownik lotniczy wyrusza prywatnym helikopterem, by podczas niszczycielskiego trzęsienia ziemi ocalić rodzinę. Piotr Gociek docenia efektowne sceny zagłady San Francisco i charyzmę Dwayne’a Johnsona, lecz uznaje film za wyjątkowo głupi, mechaniczny i płaski zestaw schematów kina katastroficznego, przypominający przechodzenie kolejnych etapów gry komputerowej.
„San Andreas” to jeden z głupszych filmów katastroficznych, jaki widziałem, a widziałem wiele. Nie zmienią tego nawet kapitalne sceny zniszczenia San Francisco (uwadze polecam los mostu Golden Gate). Chociaż próbuje trzymać się reguł gatunku (najpierw mała tragedia, potem wielka tragedia, katastrofa okazją do reintegracji rodziny itd.), czyni to bez wdzięku, mechanicznie i płasko, jakbyśmy mieli do czynienia z grą komputerową, w której postawiono scenarzystom zadanie: „Potrząsając ekranem, przeprowadź bohaterów od punktu A do punktu B”. Całość trzyma się na charyzmie Dwayne’a Johnsona, czyli wrestlera-aktora próbującego być w Hollywood Arnoldem Schwarzeneggerem XXI w. Jednak czy Schwarzenegger w roli strażaka wziąłby sobie służbowy helikopter i zamiast ratować ofiary kataklizmu, poleciałby w prywatnej misji ratunkowej, trzymając żonę za kolanko? Wątpię. © ℗