Joe Berlinger buduje portret Teda Bundy’ego wokół więziennych nagrań dziennikarza Stephena G. Michauda, współczesnych rozmów i imponujących materiałów archiwalnych. Piotr Gociek podkreśla, że najbardziej przeraża zwyczajna fasada inteligentnego, sympatycznego człowieka, za którą kryła się metodyczna bestia wykorzystująca chaos policyjnych jurysdykcji. Chwali miniserię jako najpełniejszą i najrzetelniejszą ekranową próbę opisania działalności Bundy’ego oraz rzadki dokument true crime wolny od taniej sensacji i „pornografii śmierci”.
Ted Bundy chciał za młodu zostać najpierw politykiem, a potem prawnikiem, co już powinno nas wprawić w stan najwyższej podejrzliwości. Odkładając żarty na bok – to właśnie utrzymywane do samego końca przebranie, strój „jednego z nas”, jak nawet zatytułował drugi odcinek swej dokumentalnej miniserii Joe Berlinger, przeraża widzów najbardziej.
„Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy’ego” pojawiły się w Netflixie 24 stycznia, w 30. rocznicę śmierci zbrodniarza na krześle elektrycznym. Z jednej strony to największy banał. Ileż razy widzieliśmy w telewizji świadków powtarzających przy różnych okazjach: „Niczym się nie wyróżniał”, „Był taki spokojny”, „Nikt nie zwracał na niego uwagi”. Matki opowiadają o wzorowym synu, koleżanki o sympatycznym koledze. Czasem ktoś zastrzeże delikatnie: „Był czasem taki wycofany” albo „Nie było wiadomo, co naprawdę myśli”, ale gdyby za takie przestępstwa zamykać w więzieniach, cały świat byłby więzieniem. Co innego jednak usłyszeć następującą wymianę zdań między reporterem a młodą dziewczyną, zarejestrowaną na archiwalnym nagraniu jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych. Frances Messier, mieszkanka domu na Florydzie, w którym przez kilka tygodni żył
Bundy (przedstawiający się wówczas jako Chris), wspomina: „Cichy, wycofany, przyjacielski”. „Poszłabyś z nim na kolację?” – dopytuje reporter. „Raz byliśmy na kolacji” – odpowiada zakłopotana. Najpierw się śmieje, ale potem ten śmiech więźnie jej w gardle. Odwraca wzrok. Chyba właśnie zrozumiała, ile miała szczęścia. Może nie była w typie Bundy’ego. A może po prostu nie zdążył zająć się nią tak jak innymi ofiarami. Inny przerażający moment to chwila, w której detektyw z Florydy prowadzący przed laty śledztwo w sprawie Bundy’ego relacjonuje słowa, które usłyszał od zatrzymanego i zaprzeczającego wówczas wszystkiemu mordercy: „Kiedy złapiecie człowieka winnego tych przestępstw, to będzie miał na koncie liczbę trzycyfrową w sześciu stanach”. Czy ten nietypowy sposób oświadczenia: „Jestem niewinny” jest chełpieniem się swoimi przyszłymi czy dotychczasowymi
Dokumentalny serial Berlingera o Tedzie Bundym bije na głowę wszelkie filmy fabularne inspirowane jego przerażającymi zbrodniami
osiągnięciami? Do dziś nie wiadomo, ile kobiet zabił Bundy. Przyznał się do 30 ofiar. Na pewno było ich więcej. Miniserię „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy’ego” nakręcił specjalista od dokumentów „true crime”. Joe Berlinger przez 30 lat kariery opowiadał o głośnych procesach, kontrowersyjnych wyrokach, o oskarżeniach pod adresem wielkich koncernów. Nie stronił także od innej tematyki – to jego dziełem jest znakomity dokument „Metallica: Some Kind of Monster” (2004). Osią opowieści uczynił słowa samego Bundy’ego, nagrane przez dziennikarza Stephena G. Michauda w czasach, gdy Bundy przebywał w więzieniu na Florydzie, oczekując na wykonanie wyroku śmierci. Michaud był wówczas reporterem „Business Week”. Gdy pojawiła się możliwość nagrania i opisania historii Bundy’ego, rzucił to zajęcie i wraz ze swym przyjacielem i mentorem z „Newsweeka”, Hugh Aynesworthem, rozpoczął pracę nad książką. Ukazała się w roku 1983, zbierając bardzo pochlebne recenzje. Nosiła tytuł „The Only Living Witness”. Dzięki pracy Michauda Bundy mówi do nas wprost z ekranu – fragmenty wyznań zarejestrowanych na taśmach robią piorunujące wrażenie. Z kolei Aynesworth w tym czasie zbierał materiały, podróżując śladami zbrodni Bundy’ego. W dokumentalnym serialu Berlingera występują obaj ci dziennikarze, podobnie jak wielu innych świadków wydarzeń sprzed lat. Lista jest imponująca, mamy adwokatów Bundy’ego, jego przyjaciół, jego nauczycieli, jego dziewczynę, a także policjantów, którzy go tropili, prokuratorów, telewizyjnych i radiowych reporterów relacjonujących najpierw śledztwa w sprawie zaginionych dziewcząt, a potem proces mordercy. Wiele rozmów zostało nagranych współcześnie, specjalnie na potrzeby tej produkcji, zadziwia jednak ogrom i poziom materiałów archiwalnych. Ameryka lat 70. XX w. była już krainą mediów elektronicznych w stopniu, o jakim ówczesnym mieszkańcom wielu innych państw nawet się nie śniło. Symbol lęków Ted Bundy stał się postacią ikoniczną na długiej liście ponurych, przerażających postaci. Nie tylko dlatego, że był zabójcą tak skutecznym i że jego krwawa aktywność przypadła na czasy rozkwitu telewizji oraz erę „eventów medialnych” rozpoczętą przez tragicznie zakończoną
prezydenturę Johna Kennedy’ego. Bywali zabójcy bardziej okrutni, oddający się jeszcze bardziej odrażającym praktykom, bardziej nieuchwytni i obciążeni dłuższą listą ofiar. Bundy to symbol największych lęków zwykłych obywateli o bestii wyglądającej na pozór tak jak my, zachowującej się tak jak my, a mimo to zdolnej do wszystkiego. Serial Berlingera pokazuje tę dwoistość doskonale. Ted Bundy, przystojny, zdolny, inteligentny i przedsiębiorczy młody człowiek, robi na znajomych jak najlepsze wrażenie. Sekwencje opowiadające o jego wczesnych latach równie dobrze mogłyby prowadzić nie do „American crime”, lecz „American success story”. Prawnik, polityk, psycholog (studiował ten kierunek), może reporter, a może skuteczny biznesmen? Z zewnątrz miał wszystko, co pozwalałoby na karierę we współczesnej Ameryce. Nawet kiedy oglądamy ujęcia z jego procesu, trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby ktoś nieznający kontekstu miał wskazać na sali podejrzane indywiduum, to szybciej wybrałby kogoś z publiczności albo adwokatów mordercy. Bundy niewątpliwie miał także charyzmę. W gorszych okolicznościach (niestety, zawsze są możliwe jeszcze gorsze okoliczności) chyba nie miałby problemu z wcieleniem się w rolę występnego lidera kultu religijnego takiego jak Jim Jones czy David Koresh. Odpowiednio sprytny Ze wszystkich swych darów Bundy robił użytek niewłaściwy. Za fasadą miłego chłopca z sąsiedztwa skrywała się osobowość chwiejna i ułomna, po prostu psychopatyczna. Jakże metodycznie przygotowująca jednak swe zbrodnie! W pewnym momencie Bundy pracował nawet w komisji doradczej ds. prewencji zbrodni w Seattle, gdzie – jak mówi – „zajmował się zbrodniami przeciw kobietom, zwłaszcza gwałtom”. Dało mu to dostęp do policyjnych statystyk i bezcennej w przyszłości wiedzy o policyjnych procedurach (a ściślej – ich braku). – Zobaczył to, czego policja nie dostrzegała – opowiada Stephen G. Michaud. – Znalazł miejsca, w których odpowiednio sprytna osoba mogłaby
wykorzystać chaos i brak konsekwencji w obrębie różnych jurysdykcji. Bundy okazał się „odpowiednio sprytną osobą”. Porywał, gwałcił, torturował, poniżał i zabijał swoje ofiary. Posuwał się także do praktyk nekrofilskich. Przez długi czas policjanci nie mieli pojęcia, że za rozmaitymi morderstwami stoi ten sam sprawca. Departamenty w rozmaitych stanach nie wymieniały informacji. FBI dopiero zaczynało pracę nad profilowaniem i tworzeniem wydziału behawioralnego. Bundy tymczasem zabijał: w jednym stanie, w drugim, trzecim. Kiedy uznawał, że sprawy przybierały niebezpieczny obrót, po prostu się przenosił, gotów do rozpoczęcia nowego życia (i nowej serii zbrodni) w innym stanie, na innej uczelni. Nazywany przez łowiących go detektywów i oskarżających prokuratorów „wcieleniem czystego zła”, stał się jednym z najbardziej znanych przestępców lat 70. XX w. Urodził się taki? Coś poszło nie tak z jego wychowaniem? Może był psychicznie chory? Pełnej odpowiedzi na to pytanie nie znamy do dziś. Serial Berlingera jest jednak najpełniejszą jak dotąd i chyba najrzetelniejszą próbą opisania jego działalności na ekranie. Jest także rzadkim przykładem telewizyjnego dokumentu „true crime” trzymającego poziom. Co roku produkuje się pospiesznie dziesiątki, jeśli nie setki takich programów, zwykle ze znikomym ładunkiem wiedzy, za to ogromną dozą taniej sensacji i zwyczajnej pornografii śmierci. W tym samym Netflixie, którego za udostępnienie „Rozmów z mordercą” wypada pochwalić, jest przecież i sklecony byle jak doku-serial „Inside Criminal Mind”, w którym autorzy z lubością pokazują aktorów odgrywających role przerażonych ofiar. Z dziennikarstwem nie ma to wiele wspólnego. Berlinger natomiast podczas zakończonego kilka dni temu festiwalu filmowego w Sundance pokazał inną produkcję o Bundym – film fabularny „Extremely Wicked, Shockingly Evil, and Vile”. Jest to historia Teda Bundy’ego opowiedziana z punktu widzenia jego wieloletniej dziewczyny, Elizabeth, która nie miała pojęcia o jego podwójnym życiu i wierzyła w jego niewinność nawet wtedy, gdy w sądzie zapadł wyrok: skazany na śmierć.