ReżyseriaAlfonso Cuarón
WystępująYalitza Aparicio, Marina de Tavira, Fernando Grediaga, Jorge Antonio Guerrero
Rok produkcji2018

W czarno-białym obrazie Meksyku początku lat 70. losy służącej Cleo splatają się z rozpadem rodziny i narastającym napięciem politycznym. Precyzyjna inscenizacja, intymność i współczesne wykorzystanie języka dawnego kina tworzą realizacyjny majstersztyk, który pozostaje wolny od nachalnego artyzmu.

Dom nr 21 przy Calle de Tepeji stoi i wygląda niemal tak jak w filmie. Ulica jest prawdziwa, tak jak i prawdziwa jest dzielnica Colonia Roma w Mexico City, od której tytuł wziął najnowszy film Alfonso Cuaróna. Miłośnicy kina i miłośnicy Meksyku tworzą w Internecie całe galerie, pokazując, jak miejsca ważne dla bohaterów opowieści wyglądają dziś, a jak wyglądały na kadrach filmowych odtwarzających lata 1970 i 1971.

W wywiadach udzielanych po ubiegłorocznym festiwalu w Wenecji (tam „Roma” została nagrodzona Złotym Lwem) Cuarón opowiadał, że 90 proc. tego, co widzimy na ekranie, to jego wspomnienia z dzieciństwa. Obrazy, postacie, miejsca; tchnienie przeszłości przefiltrowane przez wrażliwość artysty. Nietypowa była praca nad filmem: sceny kręcono w takiej kolejności, w jakiej je widzimy, aktorzy dostawali kolejne sceny do czytania w miarę rozwoju akcji, zmieniali się i dojrzewali wraz z granymi przez siebie postaciami. Tam, gdzie ze względu na rytm i tempo filmu (to bardzo precyzyjnie skonstruowana historia, choć robić może wrażenie dzieła paradokumentalnego) trzeba było coś dodać, aktorzy improwizowali. „Roma” jest filmem o życiu w klatkach: widzialnych i niewidzialnych. Pierwszą jest dom przy Calle de Tepeji: wąska brama, w którą ledwie mieszczą się samochody, obszerne piętrowe mieszkanie, w którym żyje sześcioosobowa rodzina, tylne podwórko okolone murami, które przypomina spacerniak, wreszcie służbówka, gdzie mieszkają dwie służące. Jedna z nich, Cleo (Yalitza Aparicio), jest główną bohaterką filmu. Gdy widzimy ją po raz pierwszy, zmywa podłogę na podjeździe. W tle ćwierkają ptaki w klatce. Niemal całe życie upływa Cleo wewnątrz domu: sprząta, gotuje, pierze, podaje do stołu. Na nogach od świtu do nocy. Raz w tygodniu ma wychodne – spotkanie ze znajomymi i wizyta w kinie. Z tej klatki przynajmniej są widoki na celuloidowe cuda: „Wielką włóczęgę” z Louis de Funès albo „Uwięzieni w kosmosie” z Gregorym Peckiem.

Kogo stać na marzenia? Pani domu, Sofia (Marina de Tavira), także żyje w klatce – jej więzieniem jest małżeństwo, które właśnie dobiega końca. Z początku filmu o tym nie wiemy, Cuarón świetnie myli tropy. Dokąd wyjeżdża pan domu, Antonio (Fernando Grediaga), który zachowuje się bardzo tajemniczo – chodzi o interesy czy może

polityczną działalność? A jeśli o to ostatnie, to dlaczego ucieka? Klatką jest i Meksyk. Duszna atmosfera kraju rządzonego „od zawsze” przez tę samą partię robi się coraz bardziej nie do zniesienia. Strajkują studenci, protestują studenci, rząd szkoli paramilitarne bojówki. Gdy ulicą maszerują młodzi ludzie w mundurkach, natychmiast pojawia się niepokój: to tylko zabawa czy może zwiastun czegoś poważniejszego? Politycy (świeżo wybrany prezydent Luis Echeverría) objeżdżają kraj, wzywając do jedności i obiecując inwestycje. Potem z odrazą czmychają po deskach rozłożonych w błocie z powrotem do swojego świata. Dla zwykłych obywateli oznacza to tylko jedno – znów będą odbierać im ziemię. I wreszcie klatka niewidzialna. „Nie pokochasz mnie, bo jestem biedna” – śpiewa Cleo wraz z rzewnym głosem z radia, rozwieszając pranie na dachu. Każdy chce być kochanym. Jednak kogo stać na marzenia? „Roma” jest także filmem o kobietach, które nie mają innego wyjścia, jak tylko dawać sobie radę. Mężczyźni nie są godni zaufania: znikają (jak mąż Sofii, jak przyjaciel Cleo), objawiają się jako odpychający macho (jak znajomy, który będzie miał

chrapkę na Sofię podczas noworocznej zabawy) albo jako groźni przedstawiciele aparatu państwa (jak bojówkarze krwawo rozprawiający się z protestującą młodzieżą). Wiele kodów czytelnych jest tylko dla widza meksykańskiego – dwa lata przed chwilą, w której Cuarón rozpoczyna swoją opowieść, doszło do masakry w Tlatelolco (meksykańska bezpieka zaaresztowała niemal półtora tysiąca ludzi, setki zostały zabitych), a zamieszki, których świadkiem będzie Cleo pod koniec filmu, przeszły do historii Meksyku jako masakra w Boże Ciało (ponad 120 zabitych).

„Roma” Alfonso Cuaróna to faworyt do zdobycia Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. I przykład rywalizacji między gigantami internetowymi

Szczególny czas w historii ojczyzny Cuaróna. „Dla młodych dzieci meksykańskiego cudu gospodarczego wolność miała inne znaczenie niż to, które jej nadawali ich rodzice – takie, jakiego nauczyło ich życie w mieście, rewolucja kubańska, kino europejskie, amerykańskie seriale telewizyjne, turystyka zagraniczna i protest songi. Dla nich przyszłość była czymś więcej niż tylko kwestią gospodarki” – pisał Erik Garcia Velasquez w „Nowej historii Meksyku”. Czas szczególny i niebezpieczny: „W okolicach 1970 r. istniało mniej więcej 15 grup, które działały w ukryciu i podejmowały walkę zbrojną, uważając ją za drogę do zmian społecznych lub katalizator takich zmian”. Nie jest to jednak opowieść polityczna, choć polityka ingeruje mocno w świat bohaterów „Romy”. Alfonso Cuarón, kreśląc sentymentalny portret początku lat 70. w Mexico City, wiedzie postacie z filmu ścieżką poznania – droga wyjścia z klatki jest tylko jedna: by się wyzwolić, najpierw trzeba zrozumieć, że jest się uwięzionym, a potem pojąć, że klucz do zmiany leży tylko w naszych rękach. W pierwszej scenie filmu lecący wysoko na niebie samolot odbija się

tylko w wodzie rozlewanej przez Cleo na zmywanej podłodze. W ostatniej ten sam symbol ukazany jest już inaczej. arcydzieło Czarno-biały, nastrojowy, intymny i poruszający film Cuaróna to najpełniejsze dzieło w karierze reżysera, który balansuje umiejętnie na granicy kina artystycznego i popularnego. Kiedy robi „swoje” filmy, jak słynny „I twoją matkę też” („Y tu mamá también”, który przyniósł mu międzynarodową sławę w 2001 r.), są one w pełni zrozumiałe dla szerszej widowni, nie ma mowy o wyniosłym festiwalowym artyzmie. Gdy przyjmuje zlecenia z Hollywood, pozostawia własne piętno na wysokobudżetowych produkcjach. Wyreżyserowany przez niego „Harry Potter i więzień Azkabanu” (2004) to najlepszy film serii o małym czarodzieju. Jego wersja „Małej księżniczki” (1995) według klasycznej książki Frances Hodgson Burnett była olśniewająca. Ekranizację powieści P.D. James „Ludzkie dzieci” (2006) uważa się za jeden z najlepszych filmów science fiction ostatnich dekad, a nagrodzona siedmioma Oscarami „Grawitacja” (2013) nie tylko jest w tym gronie wymieniana, lecz także zarobiła ponad 700 mln dol. Cuarón pokazuje więc, że można być jednocześnie artystą i znakomitym rzemieślnikiem. „Romę” już podczas festiwalu w Wenecji obwołano arcydziełem, słowo to zresztą pojawia się w wielu recenzjach. Zgadzając się, że mamy do czynienia z filmem wybitnym, pozwolę sobie jednak nie wpaść w tak wielki zachwyt. Mam z nią kłopot podobny jak z „Zimną wojną” Pawła Pawlikowskiego, który nakręcił niemal idealną podróbkę kina z innej epoki. Przy tej okazji wielu uznało, że umiejętność kopiowania mistrzów nadaje natychmiast dziełu odpowiednią wagę (Cuarón zresztą w napisach końcowych dziękuje m.in. Pawlikowskiemu). Zachwycony jestem „Romą” w podobny sposób, jak bywałem kiedyś niektórymi porywającymi filmami Almodóvara, jego emocjonalnymi szantażami przykuwającymi nas do ekranu. Warto jednocześnie pamiętać, jak ów zachwyt więdł po latach, bo z dystansu widać było, kiedy byliśmy jedynie bohaterami emocjonalnej manipulacji.

„Romę” można jednak uznać za film lepszy od „Zimnej wojny”, bo jest realizacyjnym majstersztykiem, bo nie jest to kino nadmiernie zakochane w sobie i napuszone nachalnym artyzmem. Cudowna jest warstwa wizualna „Romy”, dopiero kiedy ją obejrzycie, zrozumiecie, że nie jest to próba wskrzeszenia dawnego kina czarno-białego, lecz uwspółcześnienie używanego niegdyś języka. I słusznie podkreśla Cuarón, że jest to „współczesny film w czerni i bieli”, że celem nie była tu nostalgiczna wycieczka w przeszłość kinowego rzemiosła, lecz wykorzystanie możliwości, które daje współczesna technologia.

Amazon kontra Netflix À propos współczesnych technologii: wiele wskazuje na to, że walka o tytuł najlepszego filmu nieanglojęzycznego rozegra się w tym roku podczas Oscarów właśnie między „Romą” a „Zimną wojną”. Ten polsko-meksykański pojedynek w czerni i bieli jest zarazem rywalizacją internetowych gigantów: Netflixa i Amazona. Ten pierwszy wyprodukował i rozpowszechnia w swoim internetowym serwisie film „Roma”, ten drugi zaangażował się mocno w amerykańską i oscarową promocję „Zimnej wojny”. Internetowi giganci coraz mocniej zaznaczają swą obecność w gronie produkcji nominowanych do Oscarów. Na przykład wyprodukowany przez Amazon „Manchester by the Sea” zdobył dwa lata temu dwa Oscary. Oryginalna produkcja Netflixa, którą był „Mudbound”, rok temu otrzymała cztery nominacje, a poświęcony dopingowi i Rosji „Ikar” dostał Oscara dla najlepszego filmu dokumentalnego.

Kibicując Polakowi, stawiam jednak na „Romę”, która zdaje mi się dziełem pełniejszym, bardziej wyrazistym i bardziej samodzielnym od „Zimnej wojny”, zbyt zadłużonej u kinowych mistrzów i poprzedników Pawlikowskiego. Jednak już sama możliwość emocjonowania się takim wyborem to czysta przyjemność. Ogłoszenie oscarowych nominacji 22 stycznia – za dwa tygodnie.

← PoprzedniaNastępna →