ReżyseriaMiguel Sapochnik, Greg Yaitanes, Clare Kilner, Geeta Patel
WystępująPaddy Considine, Matt Smith, Milly Alcock, Emily Carey
Rok produkcji2022

Prequel „Gry o tron” przedstawia dynastię Targaryenów u szczytu potęgi i rodzinny spór o sukcesję, który doprowadzi Westeros do wojny domowej. Piotr Gociek chwali imponującą oprawę wizualną, kostiumy i pomysł pokazania znanych miejsc dwa stulecia wcześniej, lecz uważa serial za pozbawiony humoru produkt w wersji light. Krytykuje mało skomplikowaną intrygę, niecharyzmatycznych bohaterów i jednowymiarowe przesłanie, wyróżniając jedynie fascynującego Daemona Targaryena w wykonaniu Matta Smitha.

Serial „Ród smoka” to „Gra o tron” w wersji light. Nie brakuje w nim okrucieństwa, intryg i polityki, ale próżno szukać fascynujących bohaterów

Dawno, dawno temu, a dokładnie 172 lata przed początkiem akcji serialu „Gra o tron”, kraina Westeros niepodzielnie rządzona była przez dynastię Targaryenów. Białowłosi przybysze dosiadający smoków siłą zjednoczyli zwaśnionych tubylców, w smoczym ogniu wykuli z broni pokonanych imponujący żelazny tron i mieli żyć oraz rządzić długo i szczęśliwie. Z jedną uwagą – jak informuje nas zdanie wprowadzające w serial „Ród smoka”, jedynym wrogiem dynastii tak potężnej mogła być ona sama. Dziesięcioodcinkowy serial HBO Max „Ród smoka” („House of Dragon”) to produkcja skazana na sukces, bo kontynuacja popkulturowego fenomenu, jakim była ekranizacja bestsellerowych powieści fantasy George’a R.R. Martina. „Gra o tron” zapoczątkowała modę na seriale fantasy; udowodniła, że gatunek ów na małym ekranie nie musi być opowiastką dla dzieci; wylansowała nową generację aktorskich gwiazd (showrunnerzy serii też dostali bardzo intratne nowe propozycje). W poszatkowanym świecie konkurencyjnych kanałów premium i serwisów streamingowych wydarzył się fenomen, zdawać by się mogło, niemożliwy – wszyscy „Grę o tron” oglądali, jeśli nie oglądali, to o niej słyszeli, jeśli nie słyszeli, to prędzej czy później natknęli się na jej pastisz, parodię, żart, mem, dowcip rysunkowy. Nie wiem, czy dziś zdania „The winter is coming” albo „You know nothing, Jon Snow” nie pojawiają się na koszulkach częściej niż „May the Force be with You”. KAWAŁEK HISTORII KRAINY WESTEROS Fani kręcili nosami na ostatni, ósmy nim, nie mogli też szukać ratunku w powieściach Martina zamykających serię, gdyż ten jeszcze ich nie ukończył. Jednak

niemal natychmiast po zakończeniu emisji „Gry o tron” pojawiły się doniesienia, że HBO szuka pomysłu na sequel, spin-off, prequel. W pewnym momencie pracowano nad kilkoma koncepcjami jednocześnie, w tym nad nową serią proponowaną przez duet David Benioff/D.B. Weiss (showrunnerów „Gry o tron”). Ostatecznie zwyciężył pomysł najmocniej popierany przez George’a R.R. Martina, to znaczy stworzenie prequelu wedle jego książki „Ogień i krew”. Nie była to ani powieść, ani zbiór opowiadań, lecz kawałek historii krainy Westeros, objaśniający ważne kwestie w dziejach fikcyjnego świata, tak jak napisane przez Tolkiena dodatki do „Władcy Pierścieni” poszerzały naszą wiedzę o Śródziemiu. I tak oto ponad 11 lat po premierze „Gry o tron” zadebiutował w HBO Max „Ród smoka”. Z jakim skutkiem?

Jeśli chodzi o pieniądze, to wszystko będzie się zgadzać. Eksplorację kolejnej żyły złota należy uznać za rozpoczętą z wielkim animuszem. Wedle informacji nadawcy – zarówno w USA, jak i w Polsce – pierwszy odcinek zgromadził rekordową widownię. „To zdecydowanie największa premiera w historii HBO Max w Polsce, bijąca wszystkie poprzednie rekordy nowych tytułów. Oglądalność pierwszego odcinka przekroczyła wszelkie nasze oczekiwania” – komunikat z takim m.in. zdaniem pojawił się w skrzynkach e-mailowych dziennikarzy i krytyków niespełna dwie doby po emisji pierwszego odcinka (miała miejsce 22 sierpnia). Czy warto było czekać? I tak, i nie. „Ród smoka” oferuje nam więcej niż „Gra o tron”. „Ród smoka” oferuje nam zdecydowanie mniej niż „Gra o tron”. Obydwa te zdania są prawdziwe. Prawdziwe jest także zdanie jednego z brytyjskich recenzentów, który stwierdził, że nowy serial zawiera wszystkie kluczowe elementy oryginału – prócz poczucia humoru. Niby nieźle: „wszystkie kluczowe”, ale z drugiej strony jakże różne potrawy potrafią przyrządzić różni kucharze z tych samych produktów, nieprawdaż? Jeśli danie, to dietetyczne, jeśli piwo, to w wersji „bardzo light”. Nie mam wątpliwości, że jeśli chodzi o stopień komplikacji intrygi, szekspirowskie krwawe węzły łączące głównych bohaterów oraz barwne, fascynujące postacie, to „Ród smoka” nie dorównuje „Grze o tron”. Jednocześnie od strony wizualnej rzecz wymyślona jest kapitalnie, bo udało się wywołać w widzu poczucie zarówno powrotu do świata dobrze już znanego, jak i spotkania ze światem zupełnie innym. Oglądamy te same miasta, zamki, porty, ale o dwa stulecia młodsze; inna jest jednak paleta kolorów, inaczej zrobiono użytek ze światła i inny mamy nastrój. „Gra o tron” była dramatem ponurym, rozgrywającym się w cieniu – dosłownie, bo niebo mroczyły śnieżne

chmury – nadchodzącego końca świata. „Ród smoka” pokazuje Westeros w kolorach pełnego lata. „Gra o tron” to świat surowy jak średniowiecze z wojny stuletniej (która zresztą Martina inspirowała), „Ród smoka” to świat bardziej przypominający renesansową Italię. Dało to okazję do popisu tym wszystkim, których nazwisk zwykle nie znamy, bo przemykają gdzieś na liście płac u kresu epizodów: twórców kostiumów, projektantów wnętrz, cieśli, snycerzy, płatnerzy itd. Robota jest zacna, a i wzruszenie chwyta nieraz za gardło, kiedy rozpoznajemy te same miejsca, w których rozgrywały się kluczowe wydarzenia „Gry o tron”: oglądamy ten sam świat, ale zachwycająco inny – w tym sensie marzenie fanów zostało spełnione. Zjednoczone smoczym ogniem Westeros jest u szczytu potęgi, jest jak Rzym cesarza Augusta, ponura przyszłość dopiero nadejdzie. Szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. W tym miejscu zarówno autor tekstu, jak i jego czytelnicy powinni pospołu zacząć podejrzewać, że coś tu nie gra: dotarli do połowy artykułu, a zamiast deklaracji „hit czy kit” dostają jak dotąd uniki, coś o murach, sukienkach, palecie kolorów. Czyżby autor nie miał nic więcej do powiedzenia o pierwszym odcinku? Odpowiadam: mam nawet o sześciu, bo tyle epizodów udostępniono krytykom. Niestety, nie są to rzeczy zbyt dobre. A całą sprawę przeciągam, bo bardzo przedsięwzięciu kibicowałem, marząc o tym, by była to historia równie pasjonująca jak „Gra o tron”, podświadomie zdając sobie sprawę, że jest to po prostu niemożliwe. WSZYSCY MAJĄ SMOKI Otóż „Ród smoka” pasjonujący nie jest. Nie bez powodu wspomniałem o poczuciu smakowania produktu „light”. Niby obydwa seriale są o tym samym: o skomplikowanych rozgrywkach w walce o władzę, w walce o tron. Ale przecież „Gra o tron” niosła ze sobą o wiele, wiele więcej; potężną oś fabularną, którą były dzieje dzieci zmuszonych do zbyt szybkiego dorastania w cieniu potężnych rodziców (dotyczyło to, zauważcie, zarówno rodzeństwa Starków, jak i Daenerys Targaryen), wybory między honorem a obowiązkiem, pytania o granice lojalności, o różne sposoby interpretowania dobra wspólnego. Powiem to może na wyrost, ale była „Gra o tron”

kolejną żonę, a ta zacznie rodzić synów. Co z sukcesją w takiej sytuacji? Na tym nie koniec – najbardziej charyzmatyczną figurą na dworze Targaryenów jest młodszy brat Viserysa, Daemon Targaryen, odważny, bezlitosny, okrutny, może nieco szalony. Niejeden widziałby na tronie właśnie jego. „Wielu uważa panowanie króla Viserysa I za szczytowy moment potęgi Targaryenów w Westeros. Z całą pewnością żyło wówczas więcej lordów i książąt mogących się pochwalić tym, że w ich żyłach płynie krew smoka, niż kiedykolwiek przedtem albo potem” – pisał Martin w książce „Ogień i krew”. Rodzinny spór o sukcesję jest jednak początkiem upadku dynastii. Za chwilę wybuchnie wojna domowa. W odróżnieniu od „Gry o tron” nie widzimy na ekranie zbyt wielu postaci, których losem mielibyśmy ochotę się przejąć. Kibicowaliśmy Starkom przeciw Lannisterom (i w ogóle wszystkim przeciw Lannisterom), kibicowaliśmy młodej Daenerys w jej marzeniu o wielkiej przebudowie świata; Jonowi Snow w walce o ocalenie świata przed mroczną magią. Jednocześnie kibicowaliśmy całej masie bohaterów pomniejszych, zaangawielkim pytaniem o to, jak powinien być urządzony świat i kto powinien go urządzać – a także jak ten świat ocalić. „Ród smoka” okazuje się telenowelą – gromada zwaśnionych książątek spiera się o sukcesję, a gdy nadejdzie odpowiednia pora, konfrontacja będzie bardzo malownicza, bo wszyscy mają smoki. Spójrzmy na fabułę. Oto sędziwy król Jaehaerys Targaryen dotknięty rodzinną tragedią – giną obaj dziedzice tronu – zmuszony jest wskazać następcę. Mając do wyboru wnuka Viserysa lub księżniczkę Rhaenys, wybiera tego pierwszego, bo prawa dynastii preferują męskich dziedziców. W wyborze utwierdza go zgromadzenie wszystkich wielmoży królestwa, gdyż jest to oczywiście zgraja patriarchalnych samców, którzy „nigdy nie pozwolą, by kobieta zasiadła na Żelaznym Tronie”. Lata później sam Viserys I staje przed podobnym wyborem. Ma córkę, ale wszyscy oczekują męskiego potomka. Kiedy małżonka władcy umiera w połogu (wraz z nią wyczekiwany syn – ten fragment opowieści jest dużo bardziej dramatyczny, co zobaczycie sami), Viserys postanawia, że jego następcą będzie pierworodna Rhaenyra. Wkrótce jednak król pojmie

żowanych we własne kłopoty, od królów i lordów, po chłopaka od oberżysty czy królewskiego bękarta wychowanego w kuźni albo byłego przemytnika, który został Cebulowym Rycerzem. W „Rodzie smoka” nie ma takiego bogactwa, są intrygi rodzinne wewnątrz dynastii i wśród bohaterów niespecjalnie interesujących, a już na pewno niecharyzmatycznych.

Ciapowaty król Viserys (Paddy Considine) chce dobrze, ale wychodzi mu różnie. Ambitny namiestnik królewski Ser Otto Hightower (Rhys Ifans) szybko okazuje się postacią raczej jednowymiarową; nowy serial ma swój odpowiednik Varysa, czyli Larysa Stronga, który ma być równie tajemniczy, ale jedynie nie posiada skrupułów.

Dochodzimy do kluczowej różnicy między „Grą o tron” a „Rodem smoka”, czyli pytania: W imię czego? W imię czego jedni nie mają skrupułów, inni chcą zagarnąć tron, jeszcze inni posunąć się do skrytobójstwa albo bardzo ryzykownych manewrów rodzinnych (głównie aranżowane małżeństwa)? W „Grze o tron” na to pytanie padało bardzo wiele i bardzo różnych odpowiedzi. W imię honoru. Rodzinnych obowiązków. Wierności królestwu. Bo się odziedziczyło prawo. Bo chce się uczynić świat lepszym. Bo chce się świat ocalić. Bo chce się pomścić krzywdę. Bo tak nakazuje przyjaźń albo przyzwoitość. W „Rodzie smoka” członkowie dynastii Targaryenów (i drugiego potężnego smoczego rodu Velaryonów) chcą Żelaznego Tronu, gdyż istnieje. Owszem, władza to magnes, ale z kolei widz zadać może własne pytanie: „W imię czego?”. Dlaczego mamy kibicować tej czy innej stronie? Od samego początku twórcy podsuwają nam wytłumaczenie feministyczne: kibicować powinniśmy postaciom kobiecym, gdyż są one krzywdzone na różne sposoby. Bo wykluczone zostały z sukcesji, bo bywają wydawane za mąż niekoniecznie z miłości oraz często umierają w połogu. Porównajmy to z „Grą o tron” – była w tamtym serialu masa mocnych kobiecych postaci, ale nie zostały zredukowane do jednowymiarowych ikon feminizmu świata fantasy. Każda była fascynująca: Catelyn, wierna żona Neda Starka, ambitna i okrutna Cersei Lannister, pechowa Margaery Tyrell, mściwa i przebiegła seniorka Olenna Tyrell, wyzwalająca niewolników Deanerys Targaryen; wreszcie córki Starków: Arya i Sansa. Żadna z bohaterek „Rodu smoka” nie jest postacią równie ciekawą. A mimo to nieść mają na swoich barkach o wiele silniejsze prokobiece przesłanie. Tyle że to nie działa. Jedynym naprawdę fascynującym bohaterem nowego serialu o Westeros jest Daemon Targaryen, grany popisowo przez Matta Smitha. Jeśli możemy o którejś z postaci powiedzieć, że kryje w sobie tajemnicę, to właśnie o owym księciu, który jest równie uparty, wyuczony w sztuce walki (oraz rozwiązły) jak Oberyn Martell w „Grze o tron”. Nie zmienią tego ani liczne smoki, ani nadchodzące bitwy (stawiam, że czekają nas jeszcze przynajmniej trzy sezony, może więcej). „Ród smoka” jest serialem letnim. Nie dlatego, że w Westeros panuje jeszcze lato.

← PoprzedniaNastępna →