Piąta przygoda Indiany Jonesa łączy efektowny prolog z 1944 roku, nazistów i antyczny mechanizm Archimedesa z historią starego, pogrążonego w żałobie bohatera oraz jego konfliktową wyprawą z Heleną Shaw. Piotr Gociek chwali techniczne odmłodzenie Harrisona Forda, sekwencję otwierającą i muzykę Johna Williamsa, lecz uznaje film za pozbawione duszy, irytujące odcinanie kuponów: krytykuje niesympatycznych bohaterów, obcy serii motyw podróży w czasie i niegodne pożegnanie ikony kina przygodowego.
Piąty film o przygodach archeologa z biczem to smutne pożegnanie. Film tyleż efektowny, co niepotrzebny
Aby odpowiednie dać rzeczy słowo, zacznijmy od urealnienia zapowiedzi znanej z materiałów promocyjnych filmu „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia”. Na portalach filmowych rutynowo przeklejone streszczenie: „1969. Apogeum wyścigu kosmicznego między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Jones jest zdeterminowany, aby wyjawić nikczemną działalność nazistowskich naukowców licznie stojących za programami kosmicznymi”. Pozwólcie, że kilka rzeczy zmienię, by być w zgodzie z zawartością filmu Jamesa Mangolda: „1969. Irytujący staruch, który nienawidzi Beatlesów i cierpi w powodu rozwodu, próbuje okiełznać rozpacz po śmierci jedynego syna. W marzeniu o porzuceniu świata, który tak bardzo go rozczarował, przeszkodzi mu pojawienie się przemądrzałej zawodowej złodziejki”. Coś mi mówi, że gdybym z powyższym pomysłem pojawił się u dowolnego producenta świata, moje szanse na nakręcenie nowego filmu o przygodach Indiany Jonesa byłyby znikome. Cóż, wierzcie lub nie, ale właśnie streściłem „Artefakt przeznaczenia”.
Człowiek legenda
Piąty i ostatni (jak zapowiada Disney) film o przygodach słynnego archeologa z biczem przynosi wiele atrakcji. Oczywiście największą jest sam Indiana Jones, czyli Harrison Ford, człowiek legenda w obu wersjach. Oprócz wersji starczej dostajemy także odmłodzonego Indianę, bo technologia dziś może zrobić wszystko, a postępy, które czynią spece od efektów, są wciąż oszałamiające. Jeszcze niedawno narzekaliśmy na wrażenie obcości, gdy Martin Scorsese odmłodził komputerowo Roberta De Niro w „Irlandczyku”, dziś mogę powiedzieć, że odmłodzony Harrison Ford wygląda jak prawdziwy. Co oczywiście powinno nas także trochę martwić, bo zapowiada nadejście ery, w której filmy będą mogły obejść się bez aktorów, bo wygenerowane w trzewiach serwerów Hollywood będą mogły wypluć z siebie dowolną wersję Humphreya Bogarta czy Leonarda DiCaprio.
Kto może być przeciwnikiem Indy’ego? Naziści. Zaznaczamy kratkę. Co powinno być stawką? Bezcenny artefakt archeologiczny. Zaznaczamy. Kto musi pomóc Indianie w chwili największej potrzeby? Jego egipski przyjaciel Sallah (John Rhys-Davies). Zaznaczamy. Gdzie rozegrać otwierającą film sekwencję akcji? Najlepiej w pędzącym pociągu. Gotowe. Jak zwrócić uwagę w sali pełnej zbirów? Strzelić z bicza. Gotowe. Co byłoby zabawne przy okazji? Gdyby Indiana miał tylko bicz, a wszyscy inni pistolety. OK. I tak dalej, i tym podobne.
Jednak bądźmy też uczciwi: Czyż nie tego oczekujemy po naszych ulubionych ciągach dalszych? Żeby było tak samo, ale inaczej? Prawda, dlatego nie wypada się oburzać na cokolwiek mechaniczne przygotowywanie listy spraw do załatwienia w scenariuszu i na planie filmu. Ważniejsze jest pytanie: Dokąd to wszystko prowadzi? Otóż donikąd. Poczucie to ogarnia nas jednak dopiero w trakcie seansu, bo długa akcyjna sekwencja z przeszłości na początku filmu to kawałek przygody w starym dobrym stylu. Jest rok 1944, Indiana Jones chce odzyskać cudowny biblijny artefakt: włócznię, którą przebito bok Chrystusa. Okazuje się jednak, że w pociągu zrabowanych przez Niemców skarbów jest coś cenniejszego: artefakt stworzony przez Archimedesa (a włócznia okazuje się ordynarną podróbką). Po latach – akcja rozgrywa się w roku 1969, Amerykanie właśnie lądują na Księżycu – następuje nieoczekiwany ciąg dalszy. Naziści udający dobrych Amerykanów (i pracujący dla rządu USA) potrzebują artefaktu, żeby zmienić przeszłość, a panna Helena Shaw chce go odzyskać, żeby zarobić.
Helena Shaw jest w tej opowieści postacią najważniejszą i niespecjalnie sympatyczną. To córka chrzestna Indiany Jonesa grana przez Phoebe Waller-Bridge (znaną z komediowego serialu „Fleabag”). Seria stworzona przez Spielberga i Lucasa cztery dekady temu pada w tym momencie ofiarą współczesnej obsesji pokazywania w kinie silnych kobiet. Ale zaraz, zaraz, co tu trzeba wymyślać? Czy Marion Ravenwood (Karen Allen) nie była w „Poszukiwaczach zaginionej arki” silną kobietą? Piękna, zaradna, twarda, a zarazem zabawna i urocza – nic dziwnego, że zakochał się w niej taki twardziel jak Indiana Jones. Tymczasem Helena Shaw jest irytującą, przemądrzałą podróbką Bonda w spódnicy (no dobrze: w spodniach), a jej pion moralny pozostawia wiele do życzenia.
Najsłynniejszy archeolog świata zostaje w cieniu tej denerwującej paniusi. Ale może to i dobrze? W chwilach, gdy z tego cienia wychodzi, okazuje się niemniej denerwującym staruszkiem, który w duecie dwóch zgryźliwych tetryków byłby tym bardzie zgryźliwy i na dodatek głęboko nieszczęśliwy, bo trapiony traumami. Jego ukochana Marion, z którą miał syna (pamiętamy Mutta z filmu „Królestwo Kryształowej Czaszki”), na dzień dobry chce się z nim rozwieść. Potem dowiadujemy się jeszcze, że Mutt zaciągnął się do wojska i zginął w Wietnamie. Przecieramy więc oczy ze zdumienia: O co tu, do jasnej cholery, chodzi? Cóż to za dziwaczna psychodrama w samym środku naszej ukochanej serii niezwykłych przygód? Wszystkie elementy składające się na sukces serii teoretycznie są na swoim miejscu. Wspomaga je premierowa i znakomita muzyka weterana Johna Williamsa, to bez wątpienia najjaśniejszy punkt całej produkcji. Film Jamesa Mangolda okazuje się jednak opowieścią, która nie ma duszy, odrzuca emocje, które decydowały o sukcesie oryginalnej trylogii. Indiana Jones jest strasznym dziaduniem, któremu najbardziej służyłoby jakieś efektowne samobójstwo. Towarzyszka jego przygód okazuje się płytką materialistką, która działa wbrew temu wszystkiemu, o co walczył całe życie Indiana (w imię archeologii, wbrew zyskom; w imię zasad, wbrew złoczyńcom). Gdybyśmy przenieśli postać Heleny Shaw do pierwszego filmu serii, musiałaby służyć za czarny charakter.
ZABRAKŁO ODWAGI?
Jednocześnie seria przygód Indiany Jonesa bardzo źle znosi próby lekkiego nawet przedefiniowania gatunku rozrywki, do którego należy. Arka Przymierza w jedynce i Święty Graal w trójce. Artefakty biblijne. W filmie numer dwa magiczne kamienie ukryte w sercu Indii. Przygodowa pulp fiction z elementami czegoś, co Amerykanie nazywają „supernatural”. I to działa. Spójrzmy, co wydarzyło się w „Królestwie Kryształowej Czaszki” – nagle Indiana znalazł się w środku intrygi science fiction, poważnej, bo mamy prawdziwych kosmitów, i zarazem niepoważnej, bo wszystko to wygląda jak popłuczyny po dziełkach Ericha von Dänikena. Czy chcielibyśmy oglądać Jamesa Bonda szukającego gwoździ z krzyża, na którym umarł Chrystus? Oczywiście, że nie. Tak samo nie chcemy widzieć Indiany Jonesa w kosmolocie – to po prostu nie jest ten rodzaj historii. Twórcy „Artefaktu przeznaczenia” niby unikają pułapki, bo przedmiot napędzający akcję to archeologiczny antyczny skarb, ale pod koniec filmu znowu mylą gatunki, bo każą Indianie naprawdę wyruszyć w podróż w czasie. Ktoś tu nie odrobił lekcji. Na nieszczęście nasze, widzów, i własne, bo wiele wskazuje na to, że film Mangolda nie zarobi wiele. Krótko mówiąc: nie na to się, panowie, umawialiśmy.
Być może zabrakło Mangoldowi (i czterem scenarzystom) odwagi: trzeba było zrobić to, co w ostatnich dokrętkach do „Gwiezdnych wojen”, czyli ubić ukochanego bohatera, pozwolić mu w jakiś efektowny sposób zakończyć swoją odyseję. Nie miałbym nic przeciwko heroicznemu pożegnaniu Indy’ego, który ocala świat przed Niemcami. Tymczasem w „Artefakcie przeznaczenia” odkrywamy, że de facto efektem jego misji jest… ocalenie Hitlera, bo wstrętny nazista, którego gra Mads Mikkelsen, chce Adolfa zabić, żeby zastąpić go skuteczniejszym ludobójcą. Tak, wszystko to naprawdę ma bardzo mało sensu. Tak, słowem, które najczęściej pojawia się w moich notatkach na temat tego filmu, jest słowo „irytujące”. Han Solo wyzionął ducha, ale Indiana Jones nie mógł tego zrobić, bo rozochoceni dobrą fizyczną formą Harrisona Forda i oślepieni spodziewanymi zyskami decydenci Disneya obiecywali jeszcze niedawno także szósty film serii – i oczywiście serial dla Disney+. Dziś deklarują, że czas pożegnać się z franczyzą definitywnie. Szkoda, że w tak kiepski sposób.
Ta efektowna katastrofa wpisuje się w długi ciąg odcinania kuponów od dawnych sukcesów, wyciskania resztek z wytłoczyn, które stało się znakiem rozpoznawczym rozrywki XXI stulecia. Nikt nie jest bezpieczny: uniwersum „Gwiezdnych wojen” rozrosło się do niebywałych rozmiarów; to, co zdawało się odświeżającym powrotem do korzeni (serial „Mandalorian”), zamieniło się w inflacyjną ofensywę kolejnych nieistotnych produkcji. Wskrzeszony „Matrix” nie okazał się ulubionym ciągiem dalszym, lecz powtórką pierwszego filmu, nawet powrót Mary Poppins do kin, choć imponujący realizacyjnie, wzbudzał pytanie: „Tak, ale po co?”. Jedne franczyzy jadą siłą rozpędu („Mission Impossible”), inne przechodzą kryzys tożsamości (seria o Bondzie), jeszcze inne powstały już w czasach najprostszych kalkulacji i ta prostota, by nie powiedzieć prostactwo, nadal je napędza („Fast & Furious”). Konkurujące ze sobą kinowe uniwersa komiksowe (MCU i DC) małpują się nawzajem i rozpełzają po streamingu. Patrząc na najnowszego „Indianę Jonesa”, nie mam wątpliwości – tak jak dziś mówimy z nostalgią o złotej erze Hollywood, zerkając ku latom 40. i 50. XX w., tak fenomen Kina Nowej Przygody, czyli rozrywka ery Spielberga i Lucasa z lat 70. i 80. minionego stulecia, okazuje się z perspektywy lat kolejną utraconą już krainą Shangri-La.
A z drugiej strony toczy się niepowstrzymany walec unieważniania i dekonstrukcji. Jeśli czegoś nie da się powtórzyć, to trzeba to przenicować. Jeśli nie da się wykorzystać raz jeszcze – to trzeba to zniszczyć. Odwrócić znaczenia, wyrwać korzenie: nowa „Mała syrenka”, nowy „Piotruś Pan”, nowy „Pinokio”, które z oryginałem nie mają nic wspólnego, oferują za to ładunek politycznej poprawności i przesłanie woke culture. W tym świecie polityka uników, czyli zwrot ku recyklingowi nieprzesadnie upolitycznionemu, okazuje się szczytem heroizmu. Nowych pomysłów już nie trzeba, bezpieczniej nakręcić remake nieudanego ciągu dalszego zapomnianej kasowej katastrofy, której jedyną zaletą jest to, że tytuł już komuś obił się o uszy. Na takim tle „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” wciąż lśni niczym złoty bożek wyniesiony przez Indy’ego z peruwiańskiej świątyni na początku „Poszukiwaczy zaginionej Arki”. Jednak gdy przyjrzymy się bliżej, widzimy już tylko tombak.