„Król złodziei” mimo znakomitej brytyjskiej obsady szybko zmienia obiecującą historię skoku emerytowanych włamywaczy w nudny, pozbawiony sympatii i kryminalnych emocji film.
Z początku wydaje się, że będzie to kolejna sentymentalna komedia kryminalna o rabusiach na emeryturze. Szybko jednak się okazuje, że ani sentymentów, ani dobrego kryminału oczekiwać nie możemy. Kwiat brytyjskich aktorów wciela się w specjalistów od włamów, którzy po latach szykują skok na sejf z diamentami. Po pierwszym zauroczeniu (wprowadzenie w fabułę jest naprawdę niezłe, w końcu reżyserem jest twórca „Teorii wszystkiego”) widz odkrywa, że szajka staruszków jednak nie budzi sympatii, górę biorą animozje między nimi oraz między starą ekipą a jednym nowym (i młodszym) członkiem grupy. Wątek kryminalny też specjalnie emocjonujący nie jest, widzieliśmy wiele bardziej efektownych włamów. Robi się nudno, dialogi szwankują, a morał brzmi: „Kto się urodził bandytą, zawsze będzie bandytą” oraz „Oszukaj bliźniego swego, zanim on zdąży cię oszukać”. Na koniec dostajemy info, że podobna historia wydarzyła się naprawdę. No i co z tego?