Wersja legendy o Robin Hoodzie w reżyserii Otto Bathursta razi przenoszeniem współczesnych kontekstów do średniowiecza — krucjaty pokazane jak wojna w Iraku, szeryf z Nottingham stylizowany na skrzyżowanie Trumpa z nazistami. Mimo wizualnego bogactwa świat przedstawiony przypomina scenografię do postapokaliptycznej powiastki young adult z elementami fantasy. Główna słabość to kino efektowne, lecz puste i nudne, z jednowymiarowymi bohaterami; film okazał się w pełni zasłużoną katastrofą finansową.
Robin Hood pokornym uczniem arabskiego imigranta, który uświadamia mu, co to tolerancja? Anglia jako dyktatura kościelna? Szeryf z Nottingham stylizowany na skrzyżowanie Trumpa z nazistami? Krucjaty pokazane tak jak wojna w Iraku? Niestety, to prawda, w dodatku świat przedstawiony mimo wizualnego bogactwa robi wrażenie raczej scenografii do ekranizacji połączenia postapokaliptycznej powiastki young adult z fantasy. Otto Bathurst skrzywdził swym filmem legendę o Robin Hoodzie mniej więcej w tym samym stopniu jak niedawno Guy Ritchie opowieść o królu Arturze w „Legendzie miecza”. Kino efektowne, puste, nudne, z przerośniętymi osiłkami o mózgach niedouczonych nastolatków zamiast bohaterów. Widzowie nie są na szczęście tacy głupi, nie dali się nabrać: obydwa filmy okazały się finansową katastrofą. „Robin Hood” większą, zresztą w pełni zasłużenie.