Finałowa część serii rozczarowuje ślamazarną akcją i znużoną główną rolą, a przed zupełną porażką ratują ją jedynie ciekawsze wątki polityczne.
Seria „Igrzyska śmierci” traciła z filmu na film tempo i oryginalność, ale kto liczył na to, że przynajmniej wszystko to będzie prowadzić do wielkiego emocjonującego finału, ten będzie rozczarowany. Ekranizację trzeciego tomu serii Suzanne Collins rozdzielono na dwa filmy – pierwszy miał podobno rozprowadzać akcję, a drugi dać nam akcję. Nic z tego, drugi „Kosogłos” to nudna piła o grupie osobników pętających się po ekranie bez przekonania. Jennifer Lawrence w głównej roli ani na chwilę nie rozstaje się z miną mówiącą „na Boga, niech to wszystko się wreszcie skończy”, kilka scen akcji nie popycha nazbyt opowieści i wszystko to byłoby kompletnie nie do zniesienia, gdyby nie dwie rzeczy – kredyt zaufania, na jaki zapracowali sobie twórcy pierwszym filmem, oraz wątki polityczne, które wreszcie dają do myślenia.