ReżyseriaRyan Murphy i Ian Brennan
WystępująDavid Corenswet, Darren Criss
Rok produkcji2020

Recenzent odrzuca miniserial jako nachalną, sztuczną fantazję ideologiczną, która alternatywną historię fabryki snów sprowadza do seksualnych układów i propagandowych tez.

W

szystko w tym serialu kręci się wokół nagich młodych męskich ciał. Nic tak nie porusza bowiem serc bohaterów. Wzrusza się wyniosły dyrektor studia filmowego, wzrusza się cyniczny król aktorskich agencji, mięknie serce aspirującego scenarzysty, topnieje na wosk małżonka filmowego magnata. „Hollywood”, miniserial Ryana Murphy’ego wyprodukowany przez Netflixa, to gejowska fantazja, w której twórca „Glee” przepisuje po swojemu historię fabryki snów. Tak trafiamy do dziwnej krainy, której granice wyznaczają: historia alternatywna, soft porno i polityczna propaganda. Witajcie w burdelu Hollywood! Wiedzieliśmy, że wszystko tu opiera się na tym, kto z kim i kiedy spał, ale nie mieliśmy pojęcia, że to w gruncie rzeczy pożądane i pożyteczne zjawisko.

Burdel nie jest metaforą. Działa pod przykrywką stacji benzynowej zatrudniającej dziwnym trafem samych przystojnych, muskularnych i gotowych na wszystko pracowników. Panie, panowie – bez różnicy, stajnia ma ogiera na każdą okazję. Najbardziej w cenie są tacy, którym wszystko jedno, po której stronie drogi się poruszają: nieważne, czy klientem jest kobieta czy mężczyzna, wszystko jest w porządku, jeśli tylko 100 dol. za numerek trafia do kieszeni kierującego całym biznesem Ernesta Westa (Dylan McDermott). Pierwowzorem tej postaci był niejaki Scotty Bowers, który przez długie lata zaopatrywał elitę Hollywood w młode ciała, a karierę zaczynał właśnie na stacji benzynowej. Swoje dzieje opowiedział u kresu życia w książce „Full Service”. „Hollywood” jest bowiem fikcją alternatywną, ale bardzo mocno zakorzenioną w rzeczywistości. Na ekranie pojawiają się tak znane postacie jak Vivien Leigh, George Cukor, Noël Coward czy Ernest Borgnine. Dowiadujemy się z dialogów, że Tennessee Williams właśnie napisał „Tramwaj zwany pożądaniem”, David Lean nakręcił „Wielkie nadzieje”, a Richard Widmark wystąpił w „Pocałunku śmierci” Henry’ego Hathawaya. Gdy wyjrzymy poza światek filmowy, też znajdujemy znajome nazwiska. W drugim odcinku serialu trafiamy na aukcję dobytku pozostawionego przez znanego

gangstera Bugsy’ego Siegela (zastrzelonego w czerwcu 1947 r.), kiedy indziej zaś widzimy niesławnego Mickeya Cohena, który wyświadcza przysługę jednemu z bohaterów. KULISY FABRYKI SNÓW Gdzie zatem Ryan Murphy przestawia zwrotnicę historii? I w jakim celu? Żeby to zrozumieć, musimy najpierw poznać gromadkę najważniejszych dla fabuły postaci. Ernie West, właściciel stacji benzynowej będącej jednocześnie lupanarem, zamtuzem, zatrudnia dwie z nich. Pierwsza to przystojny Jack Castello (David Corenswet), były żołnierz, który kilka lat wcześniej walczył m.in. pod Anzio, a teraz śni o karierze w filmach, czekając pod bramą studia Ace na najdrobniejszą okazję statystowania. Druga to Archie Coleman (Jeremy Pope), czarnoskóry homoseksualista, który jest scenarzystą o wielkich ambicjach. Los (i miłość) łączy go z innym aspirującym aktorem, którym jest nie kto inny, ale młody Rock Hudson (Jake Picking). Szybko poznajemy także Raymonda Ainsleya (Darren Criss), reżysera mieszanego pochodzenia (jest pół- -Filipińczykiem), który właśnie rozpoczyna karierę w studiu Ace. Jego narzeczoną jest z kolei czarnoskóra aktorka Camille Washington (Laura Harrier), wielce utalentowana, lecz ze względu na

Nowy serial twórcy „Glee” to gejowska fantazja o tym, jak mniejszości seksualne i etniczne uczyniłyby świat lepszym – gdyby tylko miały okazję

pochodzenie skazana w Hollywood lat 40. na role przygłupich służących w domach bogatych białych dam. Wszystkich ich łączy wspólne marzenie o Hollywood, choć na jego spełnienie mają nikłe szanse – Ameryka połowy XX w. to nie jest dobre miejsce dla homoseksualistów, Azjatów czy czarnych. Są w serialu Ryana Murphy’ego i inni uciśnieni – Claire Wood (Samara Weaving), córka właściciela studia Ace, też chce być aktorką, lecz nie pozwalają jej na to rodzice, z kolei Avis Amberg (Patti LuPone), jej matka, jest poniewierana i zdradzana przez męża, którego zdaniem powinna być jedynie kurą domową, choć w kryzysowej sytuacji pokaże, że ma głowę do interesów. W roli Ace Amberga, despotycznego i tępogłowego właściciela studia Ace, pojawia się Rob Reiner, w prawdziwym Hollywood najpierw aktor, a potem wzięty reżyser filmowy. Przedsięwzięciem, wokół którego skrzyżują się losy wszystkich bohaterów, jest projekt nowego filmu. Jakże mogłoby być inaczej, skoro to serial zatytułowany „Hollywood”? Scenariusz opowiada o Peg Entwistle (kolejna autentyczna postać), cenionej aktorce teatralnej, która w 1932 r. popełniła samobójstwo, skacząc ze szczytu słynnego napisu „HOLLYWOOD” (wtedy jeszcze „HOLLYWOODLAND”). Materiał na klasyczny melodramat, kasowy hit, który

wyciśnie łzy z oczu milionów widzów. Czy to jednak możliwe, by taki film powstał według scenariusza Murzyna homoseksualisty, z czarnoskórą aktorką w roli głównej oraz w reżyserii pół-Azjaty? Wykluczone! Sprytnie wikłając wątki, odpowiednio usuwając przeszkody i otwierając przed bohaterami nieoczekiwane możliwości, Ryan Murphy (i wspomagający go Ian Brennan) konstruuje fantazję: alternatywną rzeczywistość, w której takie nieprawdopodobne przedsięwzięcie może się udać. Na arenę wkraczają kolejne ciekawe postacie: Richard Samuels (Joe Mantello), utalentowany dyrektor studia Ace, jego najbliższa współpracowniczka, która selekcjonuje scenariusze i szkoli aktorów Ellen Kincaid (Holland Taylor), i wreszcie odrażający, bezwzględny agent Henry Willson (rewelacyjna rola Jima Parsonsa), który gromadzi pod swymi skrzydłami młodych aktorów, by nie tylko kierować ich karierą, lecz także żądać od nich seksualnych usług. Ten ostatni to też bohater autentyczny, choć na potrzeby serialu „przeredagowany” – prawdziwy Henry Willson był ojcem kariery Rocka Hudsona i wielu innych gwiazd, w tym Lany Turner. Twórcy serialu Hollywood nakręcili propagandową bajkę edukacyjną, w której po rytualnym potępieniu Ameryki jako siedliska rasizmu, homofobii i wszelkiej nietolerancji pojawia się przesłanie, że wszystkie te plagi mogłyby być już dawno zwalczone, gdyby tylko uciskani i poniżeni mocniej walczyli o swoje, a w tych, którzy ich odrzucają lub wykorzystują, obudziło się sumienie. Dlaczego bajka rozgrywa się w Hollywood? Odpowiedzi w serialu udziela Eleanor Roosevelt, wdowa po prezydencie Franklinie D. Roosevelcie, która wygłasza zdanie: „To nie dobre rządy są w stanie zmienić świat na lepsze, lecz ludzie tacy jak wy” – i kieruje je do kierownictwa studia filmowego Ace. I tak oto leninowska maksyma „Kino najważniejszą ze sztuk” staje się przesłaniem serialu. Kino w służbie postępu. Paradoksalnie jedna z głównych bohaterek mówi w pewnym momencie, że marzy o chwili, kiedy widzowie zobaczą w niej po prostu kobietę, a nie przedstawicielkę etnicznej mniejszości. Tymczasem Ryan Murphy robi wszystko, byśmy oglądając

„Hollywood”, pamiętali przede wszystkim właśnie o tym, że jego bohaterowie są uciskanymi mniejszościami. Kolejna wątpliwość: trawestując słowa byłego ministra Bartłomieja Sienkiewicza, „Hollywood” nieustannie przypomina, że to, co wprawia w ruch show-biznes, to „ch..., d… i dolarów kupa”. Chcesz dostać szansę na zdjęcia próbne? Zostań chłopcem do wynajęcia i zadowalaj panie tak długo, aż trafisz na asystentkę szefowej castingu. Brakuje ci kasy na życie, bo ważą się losy scenariusza? Zapraszamy do przyczepy, gdzie obsłużysz napalonych panów. Chcesz mieć agenta? Rozpinaj spodnie i do roboty. Szukasz kontaktu z reżyserem albo producentem? Zapraszamy na homoseksualną orgietkę, poznasz ciekawych ludzi. Murphy jest tak zafiksowany na punkcie propagowania tolerancji i postępu, że opisane powyżej zjawiska uważa chyba za oczywistą, nieodzowną część ekosystemu Hollywood. Tak przynajmniej wynika z serialu, w którym moralne rozterki związane z seksem za pieniądze lub przysługi są niczym w porównaniu z radością, którą daje szeleszczący banknocik lub czuły uścisk wpływowego, żądnego karesów klienta. Pospolite ruszenie burdeltaty oraz szerokiego grona jego byłych i obecnych pracowników może się nawet okazać kluczowe w rozwiązywaniu problemów z filmowym budżetem. Czymże jest zrobienie paru numerków w porównaniu ze szczytnym celem? FIKCJA WEWNĄTRZ FIKCJI Smutne to wszystko i miejscami idiotyczne, w dodatku nieznośnie sztuczne. W nielicznych chwilach serial nabiera rozpędu i energii – zwykle wtedy, kiedy idzie w humor i próbuje odrobiny dystansu. Te chwile szybko mijają, pozostaje tępa ideologiczna pogadanka. Tak oto dobre chęci doprowadziły do powstania miniserii, która popada w autoparodię. Oprócz nachalnej propagandy promniejszościowej zostaje nam jeszcze przekonanie, że niemal wszyscy w Hollywood są homoseksualistami jawnymi lub ukrytymi, a stręczycielstwo i prostytucja to naturalne etapy kariery, które wybacza się i zapomina szybko, bo cel uświęca środki. Nie jestem pewien, czy o taki efekt Ryanowi Murphy’emu chodziło.

RYAN MURPHY, IAN BRENNAN „HOLLYWOOD” USA 2020, NETFLIX

← PoprzedniaNastępna →