Recenzent krytykuje serial za rozwleczoną i uproszczoną względem powieści intrygę, nielogiczne działania bohaterów oraz sztucznie dopisany wątek antysemityzmu.
o sukcesie „Wiedźmina” i ostatnio serialu „Kierunek: noc” można było mieć nadzieję, że serial „W głębi lasu” podtrzyma dobrą passę Polaków w Netflixie. Wyszło kiepsko, wyszło nudnie, wyszło niesmacznie. Kiepsko, bo scenariusz gorszy jest od powieści, nudnie, bo fabuła wlecze się jak osobowy do Tłuszcza po remontowanych torach, a niesmacznie dlatego, że przenosząc akcję z USA do Polski, scenarzyści postanowili ubogacić historię „tradycyjnym polskim antysemityzmem”. Sześcioodcinkowa adaptacja thrillera Harlana Cobena (pisarz był jednym z producentów) to historia rozgrywająca się na dwóch planach czasowych. Rok 1994 to czas, kiedy nastoletni bohaterowie na obozie w leśnej głuszy
przeżywają pierwsze miłostki, ale lato kończy się tragedią, bo czworo młodych znika bez śladu. Ciała dwojga zostają odnalezione. W roku 2019 prok. Kopiński (Grzegorz Damięcki), jeden z uczestników feralnego obozu, zostaje uwikłany w sprawę morderstwa mężczyzny, który może być jednym z niegdyś zaginionych. Może zatem siostra prokuratora – druga osoba, której ciała nigdy nie odnaleziono – także żyje? Harlan Coben to spec od kryminalnych fast foodów, ale jego literackie hamburgery są precyzyjnie skonstruowane i mają tempo. Chociaż z pozoru serial przenosi na mały ekran kluczowe punkty historii, to szybko okazuje się, że konkretów mamy mało, czasu do zagospodarowania zaś dużo. Dałoby się wszystko opowiedzieć
w trzy odcinki, szczególnie że zagadka kryminalna nie okaże się specjalnie skomplikowana, a widz będzie miał prawo dziwić się mocno, dlaczego wzorowy prokurator dopiero w piątym odcinku pomyśli o tym, co nam przyszło do głowy w pierwszym, albo dlaczego współczesna policja nie potrafi sama wpaść na pomysł obejrzenia taśmy z miejskiego monitoringu w miejscu przestępstwa. W powieści akcja toczyła się głównie współcześnie (thriller sądowy wokół oskarżenia dwóch młodzieńców o gwałt), a wiadomości o zagadce z przeszłości serwowano oszczędnie, bo był to element suspensu. W polskim serialu wątek współczesny jest wątły, ale retrospekcje rozbudowane i męczące, zwłaszcza że niespecjalnie coś wnoszą. A dopisanie scen z hasłami „Jude raus”, „Polska dla Polaków” i tekstów w stylu „Jeszcze nigdy nie spadło na mnie takie antysemickie szambo” to już śmiech na sali. Z przesłaniem ekranizowanej książki Cobena nie ma nic wspólnego.