W czeskiej Pustinie, zagrożonej likwidacją przez rozbudowę kopalni, znika czternastoletnia córka walczącej o miasteczko starosty Hany Sikorovej. Śledztwo odsłania rodzinne i lokalne sekrety oraz chciwość mieszkańców. Mocnymi stronami są gęsty, precyzyjny scenariusz, logiczna kryminalna puenta, wiarygodne postacie, świetna Zuzana Stivínová i posępny styl wizualny. Największą wartość mają realistyczny obraz prowincji, gorzki komentarz do transformacji ustrojowej i poruszająca opowieść o braku zaufania między rodzicami a dziećmi.
Pustina to fikcyjne miasteczko na pograniczu polsko-czeskim, miasteczko, które czeka zagłada. Pod ziemią kryją się wyjątkowo bogate pokłady węgla, na które wielką chrapkę ma pobliska kopalnia. Większość mieszkańców nie ma wątpliwości, że czeka ich zmiana na lepsze. Opuszczą swe domy, ale za rekompensaty będą mogli kupić nowe, w lepszej okolicy, a dzieci posłać do lepszych szkół. Bezrobotni znajdą pracę w kopalni. W obronie miasteczka walczy pani starosta, Hana Sikorova, prowadząca też miejscowe przedszkole. Sikorova chce opóźnić referendum, w którym mają zapaść kluczowe decyzje dla przyszłości (znaczy opuszczenia) Pustiny. Wielu się to nie podoba. Niektórzy sąsiedzi już w myślach wydają pieniądze, innych podjudzają emisariusze z kopalni, jeszcze inni po prostu chcieliby dokuczyć nielubianej pani staroście. Jak niesie gminna obmowa, ona sama nieźle się ustawiła za unijne pieniądze (tak uruchomiła przedszkole), a innym skąpi dobrego zarobku. „To nasze miasto”, „tu leżą nasi przodkowie” – argumentuje Sikorova, ale jej argumenty brzmią wątło. SEKRETY PROWINCJI Miasteczko Pustina (tytułowe „Pustkowie”) to zapyziała czeska prowincja, tym brzydsza, że tuż obok niej rozciągają się apokaliptyczne tereny gigantycznej odkrywki, nad którą bez ustanku dymią kominy. Najładniejszy budynek w okolicy to podniszczony pałacyk, ale w nim znajduje się poprawczak. Niebo nad Pustiną wciąż zasnute jest chmurami, szare są pejzaże, szare są mury domów, a ludzkie twarze zmęczone i zacięte. Idealna sceneria dramatu – i w istocie już w pierwszym odcinku mamy zawiązanie wszystkich głównych wątków. Najpierw w lesie nieopodal przedszkola pani starosty ktoś bestialsko morduje trzymanego dla dzieciaków osiołka. Potem bez wieści znika córka Hany Sikorovej – 14-letnia Misa.
Poszukiwania nastolatki to oś fabularna całego serialu, a jej zaginięcie wyzwala lawinę wydarzeń, które odcisną swoje piętno na dużo większej liczbie bohaterów, niż się to początkowo wydaje. Scenariusz serialu wyprodukowanego przez czeskie HBO jest znakomity, gęsty, precyzyjny i wytrzymuje porównanie z najlepszymi produkcjami zachodnimi. Blisko mu choćby do świetnego brytyjskiego „Broadchurch”. Dochodzenie w sprawie zaginięcia dziewczyny prowadzone przez policję oraz prywatne śledztwo, za które zabierają się zrozpaczeni rodzice, ujawnia wiele sekretów, które mieszkańcy Pustiny chcieliby zachować dla siebie. Dotyczy to także najbliższej rodziny zaginionej. Ojciec od kilku lat mieszka osobno, w otoczonej dziwacznymi rzeźbami chacie pośrodku lasu. Ma poważne kłopoty psychiczne, częściową amnezję,
odwiedza prostytutki, z normalnej pracy dawno temu zrezygnował. Dlaczego? Za sprawą choroby czy może było odwrotnie – to jakieś nieujawnione grzechy w ową chorobę go wpędziły? I czy mógłby skrzywdzić własne dziecko? Siostra zaginionej, starsza od niej Klara (ale wciąż nastoletnie dziewczątko), to postać najczystsza w całej historii, ale jej chłopak – nie. Pokątnie produkuje narkotyki, zadaje się z dilerami i alfonsami, wiecznie brakuje mu pieniędzy. Swoje tajemnice skrywają pensjonariusze poprawczaka, szczególnie ci, którzy notorycznie z niego uciekają. Osobną sprawą są gospodarze z Pustiny – pytanie, którzy tylko gardłują za szybką zmianą, a którzy robią to jeszcze za dodatkowe pieniądze od koncernu wydobywczego. Czy jest wśród nich ktoś na tyle chciwy, by porwać albo skrzywdzić dziecko pani starosty, by
Intryga kryminalna, gorzki komentarz do transformacji ustrojowej, bolesny obraz relacji dzieci – rodzice. Warto oglądać serial HBO „Pustkowie”
użyć zaginionej jako elementu szantażu? A może sprawców trzeba szukać wprost w kopalni Turkovo? Autorem scenariusza jest Stepan Hulik, autor m.in. wyreżyserowanego przez Agnieszkę Holland miniserialu „Gorejący krzew” (2013). Wtedy poradził sobie bardzo dobrze, teraz jest chyba nawet lepszy. W „Pustkowiu” świetnie myli tropy, zręcznie naprowadza widza na rozwiązania, które wydają się wielce prawdopodobne, by z równą zręcznością przekonywać nas odcinek czy dwa później, że prawda musi jednak wyglądać inaczej. Puenta – ujrzycie ją, zgodnie z zasadami rzemiosła – w drugiej połowie ostatniego odcinka (jest ich łącznie osiem, polski kanał HBO wyemitował dotąd połowę) zaskoczy każdego, ale okaże się logiczna i wzmocni jeszcze przesłanie całego serialu. REALIZM NA EKRANIE Do wysokiego poziomu scenariusza dostosowali się aktorzy – Zuzana Stivínová w roli Sikorvej jest wręcz znakomita, reszta członków obsady niewiele jej ustępuje. Postacie są dobrze wymyślone i bardzo wiarygodne, choć trzeba oczywiście zauważyć, że wprowadzenie jako jednej z głównych osób dramatu persony cierpiącej na amnezję to pójście na łatwiznę, trick, dzięki któremu pewne fakty wychodzą (albo nie) na jaw akurat wtedy, kiedy scenarzyście wygodnie. Ważna uwa-
ga, jeśli chodzi o porównanie „Pustkowia” z polskimi produkcjami takimi jak „Pakt” (HBO) czy „Belfer” (Canal+). Czeska konkurencja daje lepszy i wierniejszy opis rzeczywistości, bo rozumie, że prawdziwy nauczyciel prowincjonalny zwykle wygląda jak Jaroslav Dušek, a nie jak Maciej Stuhr, wątpię też, by zgodziła się z tezą, że typowy dziennikarz śledczy wygląda jak Marcin Dorociński. Mieszkania i domy pokazywane w serialu wyglądają normalnie, a nie jak z żurnala dla projektantów wnętrz, bohaterowie jeżdżą takimi autami, na jakie stać mieszkańców Pustiny – to znaczy kilkunastoletnimi rzęchami, a nie eleganckimi SUV-ami wprowadzonymi do akcji w ramach product placement. Wielka różnica jest także w stylu opowiadania – twórcy „Pustkowia” rozumieją, że „mniej” znaczy „więcej”, dlatego zamiast scen, w których bohaterowie wykładają swoje motywacje czy oceny kawa na ławę, stawiają na niedopowiedzenia. W dodatku świetnie opowiadają obrazem. Kilka słów o obrazie – odpowiada za posępny, depresyjny klimat serialu. W pierwszych sześciu odcinkach nie widzimy nawet przebłysku słońca, starannie zakomponowane kadry przypominają skandynawskie kryminały. Reżyser Ivan Zachariáš jest jednym z najlepszych czeskich speców od reklamy i to w „Pustkowiu” widać, ale talent rozwinięty w komercyjnych klipach nie służy temu, by rzeczywistość efektownie upiększyć, lecz temu, by była to opowieść wizualnie spójna. Do tego skąpa, sugestywna muzyka – i sukces gotowy. Teraz o kontrowersjach – z początku mocno się zastanawiałem, czy nie byłoby na miejscu oskarżenie „Pustkowia” o celowe wyolbrzymienie brzydoty środkowoeuropejskiej. Znamy to zjawisko z polskiego kina, które kiedy nie idzie w stronę debilnie kolorowych komedii romantycznych, zamienia się w wyścig na wyliczanie, kto pokaże więcej obrazów nędzy i rozpaczy. To oczywiście bardzo pasuje do wyobrażeń przeciętnego zachodniego widza HBO – Polska czy Czechy to takie ponure kraje, gdzie nie świeci słońce, a pomarszczeni mieszkańcy ubrani jak zombie z serialu „The Walking Dead” prezentują światu głównie braki w uzębieniu, ksenofobię i nie-
nawiść. Po chwili wahania decyduję się jednak czeskiego serialu bronić. Taki, a nie inny wybór scenerii ma sens, fabuła jest z nim związana nierozerwalnie, a każdy, kto miał okazję wybrać się na samochodową wycieczkę po Czechach czy Słowacji i wyjechał poza rejony turystyczne, widział nieraz miasteczka takie jak Pustina. Ciekawy jest obraz Polski – mamy w „Pustkowiu” sugestię, że to polscy krwiożerczy kapitaliści czyhają na ziemię w Pustinie. I to do Polski właśnie – sodomy i gomory – udaje się jeden z bohaterów, by bez recepty kupić leki z pseudoefedryną, z których potem będzie produkował metaamfetaminę. Przystojny polski inżynier z koncernu Turkovo wydaje się przez większość opowieści uśmiechniętym diabłem, który zapewne macza paluchy w tragedii starosty Sikorovej oraz odpowiada za gorączkę złota w miasteczku tudzież winien jest grzechu znieczulicy. Bawi mnie to trochę, a trochę wbija w dumę. Jeżeli mam wybierać między polish jokes a sytuacją, w której strach przed Polską przypomina ten przed koncernami British Petroleum czy Exxon, to wybieram oczywiście opcję drugą – wolę, żeby się nas bano, niż żeby się z nas śmiano. MĄDRA OPOWIEŚĆ Chociaż reklamowana jest jako serial kryminalny (i jeśli chodzi o wyjaśnienie zagadki zaginięcia młodej Sikorovej – spełniający wymogi gatunku), to jest „Pustina” ciekawsza jako opowieść obyczajowa. Jest dobrym obrazkiem życia z prowincji, wraz z całym ładunkiem zawiści, uraz – ale i pewnym ładunkiem sielskości. Jest ciekawą historią o ustrojowej transformacji, która przecież wciąż się nie zakończyła, z której owoców wciąż nie korzystają ci, którzy – tak jak mieszkańcy Pustiny – żyją na jej obrzeżach. Czy można mieć do nich pretensje o to, że gdy nadarzy się okazja, chętnie wyciągną po nią rękę? Jest to wreszcie mądra przypowieść o rodzinie, o braku porozumienia i zaufania między pokoleniami. Najbardziej poruszające są te momenty serialu, gdy wraz z panią starostą Haną Sikorovą odkrywamy, jak niewiele wiedziała o swoich dzieciach. Te trzy kwestie są ze sobą połączone – kiedy dotrzecie do finału „Pustkowia”, ujrzycie jak bardzo.