Gotycki dramat psychologiczny ukryty w dekoracjach westernu mistrzowsko opowiada niedopowiedzeniami o samotności, pragnieniu miłości i chorych emocjach, a wybitna, niejednoznaczna rola Benedicta Cumberbatcha staje się fundamentem filmu Jane Campion.
„Psie pazury” to najlepszy film Jane Campion od ćwierćwiecza. A Benedict Cumberbatch w pełni zasłużył na Oscara
Przepiękne, olbrzymie i dzikie są pustkowia Montany. I bardzo zimne, bo brak tam miłości. I komu miałoby to właściwie przeszkadzać? Orłom, mustangom, bydłu? Mamy rok 1925, a krajobraz wygląda jak sto lat wcześniej, w czasach osadników. Pośrodku pustkowia stoi wielki dom, w nim zaś żyje dwóch braci. „Romulus i Remus” – przedstawia tę parę jeden z nich. Niezbyt dobra wróżba, kiedy się pamięta, co na końcu zaszło między legendarnymi założycielami Rzymu. Bracia różnią się od siebie jak dzień i noc: Phil Burbank (Benedict Cumberbatch) to twardziel nad twardzielami, który woli kąpać się w strumieniu niż w domu, spędza czas głównie z zatrudnianymi przez siebie kowbojami, gra na banjo, kastruje własnoręcznie byki i w ogóle jest ikoną męskości z Dzikiego Zachodu. George Burbank (Jesse Plemons) to człek cichy, uprzejmy, wyzywany przez własnego brata od grubasów i z biegiem lat coraz mniej pasujący do nieokrzesanej kowbojskiej kompanii. A lata płyną – gdy poznajemy braci Burbank, zajmują się oni gospodarstwem już 25. rok. Czas coś zmienić – mniema George. Oby nic nigdy się nie zmieniło – marzy Phil. WESTERN – NIE WESTERN Któż może wejść między braci, jeśli nie kobieta? Rose Gordon (Kirsten Dunst) to wdowa prowadząca jadłodajnię i mały hotelik w zapomnianym przez Boga i ludzi miasteczku. Jej mąż odebrał sobie życie, u jej boku pozostał dorastający syn. Gdy pucołowaty George zapała sympatią do Rose i pojmie ją za żonę, Phil znajdzie wiele powodów, by nowy
związek sabotować, a jego beneficjentami pogardzać. Amerykę udaje w tym filmie Nowa Zelandia, reżyserem jest Jane Campion, a nie Clint Eastwood. Dziki Zachód jest więc jedynie pretekstem, dekoracją, a i sam film, choć w materiałach promocyjnych określany jako western, niespecjalnie do tego gatunku należy. „Psie pazury” („The Power of the Dog”) to ekranizacja powieści Tomasa Savage’a z roku 1967, która właśnie ukazuje się po polsku nakładem oficyny Prószyński i S-ka – jest to pierwsza książka tego autora w naszym kraju. Film pokazywany był w tym roku na festiwalu w Wenecji i podobał się na tyle, by przynieść Campion nagrodę Srebrnego Lwa za najlepszą reżyserię. Miło znów widzieć tę znakomitą twórczynię docenianą i w świetle reflektorów. Widzowie z mojego pokolenia, może też i ci o kilka lat młodsi, pamiętają, jak wielkie wrażenie robiły na nas kiedyś (i robią do dziś) jej wczesne filmy. „Anioł przy moim stole” (1990), „Fortepian” (1993), „Portret damy”
Dziki Zachód jest jedynie dekoracją, a film, choć w materiałach promocyjnych określany jako western, niespecjalnie do tego gatunku należy
(1996). Potem bywało różnie. Pierwszy był wybitny, drugi już tylko mętny. O „Świętym dymie” (1999) wypada taktownie zapomnieć, o „Tatuaż” (2003) można się spierać. Opowieść o Keatsie („Jaśniejsza od gwiazd”, 2009) była dużo lepsza, ale to dopiero „Psie pazury” przypominają w pełni o skali talentu Jane Campion. PRAGNIENIE MIŁOŚCI Wszyscy w tej opowieści są spragnieni miłości. Gdy Rose uczy George’a tańczyć, łzy pojawiają się w jego oczach. „Jak to dobrze jest mieć kogoś” – mówi. Jego brat twardziel nie wyobraża sobie świata bez braterskiej więzi, myśl o tym, że w ich małym świecie pojawi się ktoś trzeci, doprowadza go do wściekłości – chce mieć brata tylko dla siebie. Rose chciałaby normalnego życia, wciąż zatroskana jest o syna. Peter (Kodi Smit- -McPhee), chłopiec o wielkich ambicjach (uczy się na chirurga), ale bardzo osobny i zniewieściały, zdaje się być skazany na klęskę w świecie brutalnych ranczerów.
Wszyscy jednocześnie są ułomni – Rose ma swoje demony, Peter wydaje się nazbyt zimny (czy nie zwiastuje to socjopaty?). George śmieszny jest w swoich marzeniach o wejściu do lokalnej socjety, wizytach gubernatora i kolacjach, przy których żona ma grać na pianinie. Jest może i dobroduszny, ale wyjątkowo ślepy na to, co dzieje się wokół. Phil kryje własną tajemnicę: jego nieustanne wspomnienie zmarłego Henry’ego Bronco, kowboja, który nauczył go wszystkiego, ewidentnie niesie podtekst homoseksualny. Benedict Cumberbatch daje imponujący pokaz gry aktorskiej, wcielając się w tę niejednoznaczną i rozdartą postać. Jest autentycznie przerażający, jest zimy, jest złowrogi. Jest zarazem cierpiący, pełen rozpaczy, niesłychanie samotny. Jeśli nie dostanie za ów występ Oscara, to ma prawo czuć się bardziej okradziony niż Robert Lewandowski podczas gali Złotej Piłki. To jego rola jest fundamentem tej opowieści, na którą składają się dwa emocjonalne trójkąty. Pierwszy tworzą obaj bracia i nowa kobieta w ich życiu. Phil jest o nią zazdrosny, pogardza nią, a jednocześnie jest nią zafascynowany. Drugi trójkąt to ten stworzony przez Rose, jej syna i Phila, który – by skrzywdzić rywalkę – postanawia wykorzystać młodego Petera. Wkraść się w jego łaski, udawać przyjaciela i… No właśnie, co dalej? Jednocześnie między tymi dwoma tak różnymi postaciami widać wzajemną fascynację. Na ile autentyczną? Kto i w co gra? Po co? Podoba mi się określenie „opowieść gotycka” używane przez niektórych krytyków wobec „Psich pazurów” (że nie jest to western – już ustaliliśmy). Rzeczywiście, skomplikowane, czasem chore emocje wypełniają ekran, jednocześnie nic nigdy nie jest powiedziane wprost, Jane Campion po mistrzowsku opowiada niedopowiedzeniami. Ranczo Burbanków zdaje się być nawiedzonym domem, tyle że nawiedzający je groźny duch należy do świata żywych – to właśnie Phil. Bez wątpienia jest to najbardziej cierpiąca dusza spośród wszystkich, które widzimy na ekranie. I najgroźniejsza – tak się wydaje. Aby zrozumieć tytuł, trzeba sięgnąć do Księgi Psalmów. W Psalmie 22. czytamy:
Cumberbatch, Jesse Plemons, Kirsten Dunst, Kodi Smit- -McPhee,
„Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki, i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!”. W filmie odnajdujemy piękne odbicie tych słów: Phil i Peter są jedynymi, którzy w kształcie pobliskiego wzgórza widzą głowę wielkiego, ujadającego psa. Opadające niżej pasma wzgórz to jego pazury – życie u stóp gór to życie między pazurami bestii. Pan jednak pomaga najchętniej tym, którzy sami sobie pomagają. Aby do chorego, ułomnego świata powróciła równowaga, ktoś będzie musiał złożyć ofiarę najwyższą. POZA NURTEM Film Jane Campion dotyka kwestii wielce obecnie modnych w Hollywood, ale czyni to w sposób, który niespecjalnie ucieszy politycznych bojowników. Oczywiście musi tu paść z ust bohaterki rytualne: „Wszyscy mężczyźni to dranie”, ale jednocześnie to, co widzimy na ekranie, zadaje temu twierdzeniu kłam. Z kolei przedstawienie homoseksualnego kowboja jako mściwego monstrum (choćby i głęboko cierpiącego) średnio wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez ckliwą „Tajemnicę Brokeback Mountain” (2005). Może dlatego na festiwalu w Wenecji „Psie pazury” nie dostały głównej nagrody, choć był to film najlepszy z przedstawionych. Musiały ustąpić proaborcyjnej i antyburżuazyjnej dramie z Francji („L’événement”). Ciekawa rzecz, bo nadchodzi czas nominacji do Złotych Globów i Oscarów – jakże wiele tytułów będzie pochodziło z puli filmów produkowanych lub dystrybuowanych przez Netflix (choćby wkrótce czeka nas w serwisie premiera nowego filmu Paolo Sorrentino „Ręka Boga” – także pokazywanego w Wenecji). Z jednej strony dobrze, bo ambitniejsze kino trafi do szerszej liczby odbiorców. Z drugiej – żałuję, że nie mogłem zobaczyć „Psich pazurów” na dużym ekranie. To film stworzony do tego, by w powikłany świat sprzecznych emocji zanurzyć się w ramach doświadczenia kinowego. A Jane Campion pozostaje wybitnym kinowym – nie telewizyjnym – twórcą naszych czasów. Naprawdę widać różnicę.