Minimalistyczne, bressonowskie kino o dwóch outsiderach na pograniczu XIX-wiecznego Oregonu opowiada o samotności, marzeniach i przyjaźni, wspierając tę historię oszczędną formą oraz perfekcyjnymi rolami Johna Magaro i Oriona Lee.
Samotna jest człowiecza wędrówka – by to zrozumieć, nie trzeba do tego leśnych pustkowi Oregonu. Warto jednak wybrać się w tę wyprawę z amerykańską reżyser Kelly Reichardt, która zabiera nas w trzecią dekadę XIX stulecia, by przyjrzeć się doli i niedoli dwóch outsiderów. Cookie to spokojny kucharz, który wędruje wraz z traperami o niedźwiedzich manierach, bo marzy o zarobku na pograniczu. Lu to przybysz z Chin, uciekający przed bandą rosyjskich myśliwych. Wyświadczone sobie nawzajem przysługi – najprostsze i najważniejsze: strawa, napitek, schronienie – staną się okazją do zadzierzgnięcia przyjaźni. Razem raźniej, zwłaszcza w ponurej faktorii zagubionej pośród puszczy, rządzonej przez groteskowego, lecz groźnego naczelnika. To za sprawą tego właśnie osobnika przybył na pustkowie przybysz niezwykły: pierwsza krowa w całym Oregonie. Naczelnik życzy sobie mleka do herbaty, więc krowę sprowadził, ku zdumieniu jednych i zazdrości drugich. Cookie i Lu należą do tych drugich. Szybko wpadają na pomysł, jak sprytnie oszwabić właściciela cennej krowy z tego, czego i tak nie używa. I jak wykorzystać zdobycz z pomocą własnych talentów; jak zacząć zbierać pieniądze na lepszą przyszłość. Aby zbudować ją „na własnych warunkach” – marzy Lu. Bo gdy tylko odłożą odpowiednio wiele, będą mogli założyć własny
biznes; może piekarnię, może hotel. Gdzieś z dala od dziczy, najlepiej w San Francisco. „Pierwsza krowa” to kino minimalistyczne, bressonowskie, choć uwagi amerykańskich krytyków wskazujące na podobieństwo z „Na los szczęścia, Baltazarze” mam za chybione. Niemal bez muzyki, w niemodnym formacie 4:3, skupione na aktorach, którzy wszyscy grają perfekcyjnie, bez jednej fałszywej nuty. René Auberjonois (jego ostatnia rola) i Toby Jones na drugim planie, ale przede wszystkim John Magaro i Orion Lee w rolach głównych jako pechowi bohaterowie. Historia nigdy o nich nie wspomni, zostaną tylko szkielety w bezimiennym grobie. Ale czy to znaczy, że ich życie było nieważne? Żyli, tęsknili i cierpieli jako i my. A za broń, prócz własnej inwencji, marzeń i odwagi, mieli to, co wysnute z cytatu z Williama Blake’a, który otwiera film Reichardt: „Ptak – gniazdo, pająk – sieć, człowiek – przyjaźń”.