Efektowna geneza Doktora Strange'a składa się ze zbyt wielu znajomych schematów, wysilonego humoru i stereotypowych postaci, by zasłużyć na entuzjazm.
Ten najbardziej przereklamowany film ubiegłego roku to skrzyżowanie „Incepcji” z „Cieniem” (ktoś jeszcze pamięta, jak Alec Baldwin pobierał nauki w Tybecie, by powrócić do Ameryki jako zamaskowany mściciel?). Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) to znakomity neurochirurg, prywatnie kawał irytującego dupka, coś jak miks doktora House’a i Sherlocka Holmesa z serialu BBC. Wypadek przerywa jego jedną karierę, ale daje możliwość rozpoczęcia drugiej – po trudnych azjatyckich lekcjach Strange zostaje superbohaterem broniącym Ziemi przed zagrożeniami nadnaturalnymi. Historia opowiedziana jest z biglem, ale poskładana z tylu świetnie znanych już elementów, że trudno wykrzesać z siebie entuzjazm. Humor jest wysilony, postacie stereotypowe – trudno dociec, czym oprócz starań wielkiej machiny promocyjnej wywołane były pochwały, jakimi obsypano film zaraz po kinowej premierze.