Finałowy sezon „Piratów” domyka prequel „Wyspy skarbów”, w którym kapitan Flint, John Silver i ich sojusznicy walczą z brytyjskim imperium o wolną republikę piratów i wyzwolonych niewolników. Przeciętnie rozpoczęta seria z czasem nabrała rozmachu, politycznej głębi i znakomitego tempa. Szczególnie udane są ewolucja relacji Flinta i Silvera, barwne postacie, nieoczekiwane zwroty akcji oraz pozostawienie bezpośrednich odniesień do powieści Stevensona na sam koniec.
Miałem nie więcej niż 10 lat, kiedy zaznałem pirackiego postmodernizmu, wszystko przez brytyjskiego dżentelmena o trudnym do wymówienia nazwisku Ronald Frederick Delderfield. Z tego to powodu zawsze miałem kłopot ze słynną „Wyspą skarbów” Roberta Louisa Stevensona. Wydawała mi się bowiem tylko dodatkiem do właściwej opowieści. Skąd ten kłopot? Było tak: Delderfield napisał w latach 50. XX w. powieść, która była przedziwnym ciągiem dalszym „Wyspy skarbów”, i opowiedział w niej o znanych z historii Stevensona wypadkach, ale z punktu widzenia innego narratora. Powieść nosiła tytuł „Przygody Bena Gunna”, ukazała się w Polsce w 1976 r. i tak się złożyło, że przeczytałem ją dużo wcześniej niż samą „Wyspę skarbów”. Miała więc miejsce nieoczekiwana zmiana miejsc – dla mnie to nieco tępawy, lecz sympatyczny Ben Gunn, którego bohaterowie Stevensona spotykają dopiero w XV rozdziale słynnej powieści, był głównym bohaterem całej historii. I kiedy kilka lat później czytałem „Wyspę skarbów”, myślałem: „Ale niepotrzebnie kombinuje ten cały pan Stevenson i po co pisze o rzeczach, które już wiem”. Potem jeszcze zamieszanie w mojej głowie się powiększyło, bo w ręce wpadła mi książka Arthura D. Howdena Smitha „Złoto z Porto Bello”, która jest autoryzowanym prequelem „Wyspy skarbów” – na jej napisanie zezwolił jeden ze spadkobierców Stevensona. Wszystko to dowodzi tylko, że zjawisko prequeli i sequeli towarzyszy masowej kulturze od początku. PRAWDZIWYCH PIRATÓW JUŻ NIE MA? Mimo tego postmodernistycznego, jako się rzekło, przygotowania, z dużą ostrożnością podszedłem w roku 2014 do wieści o tym, że pojawił się serial o piratach stanowiący rozbudowany wstęp do „Wyspy skarbów”. Z dwóch powodów – bo z licznych prób wskrzeszenia na ekranie pirackich opowieści żadna nie była udana (słynni „Piraci z Karaibów” to raczej filmy fantasy niż stricte pirackie) i dlatego że magia „Wyspy skarbów” już dawno zwietrzała. To nie te czasy, kiedy kolejne pokolenia czytelników wciąż emocjonowały się klasyczną książką Stevensona. Nie te czasy, kiedy jej ekranizację z wielkim zapałem recenzował dla prasy codziennej Graham Greene. Przecież przez lata, które minęły, postać Długiego Johna Silvera kuśtykającego na jednej nodze z papugą na ramieniu stała się już figurą tak stereotypową, że wręcz komiczną. „Piraci” („Black Sails”) zadebiutowali w styczniu 2014 r., ostatni odcinek wyemitowano zaś w USA 2 kwietnia tego roku. W Polsce z dwutygodniowym poślizgiem serial jest pokazywany przez Canal+. Zaczęło się słabo, kończy się z przytupem. Pierwszy sezon „Piratów” był bowiem przeciętny – akcja wątła, sporo postaci toczących ze sobą długie dysputy plus irytujące podrabianie przez kanał Starz (który rzecz sfinansował) starszego rodzeństwa z HBO. To znaczy zasada – dwie sceny gadane, jedna lesbijskiego seksu, dwie sceny gadane, jedno podrzynanie
gardła. I tak dalej. Największym grzechem twórców było jednak to, że nikt nie rozumiał, co właściwie kieruje głównymi bohaterami i jakie są ich cele. Atutem serialu od samego początku były malowniczość i dobra obsada. Jego twórcy Jonathan E. Steinberg i Robert Levine zrobili dla pirackich opowieści to samo, co twórcy serialu „Gra o tron” dla fantasy – dali im brudny realizm. Proszę zauważyć, jak śmiesznie wygląda w porównaniu z „Piratami” krótki serial, który powstał w tym samym czasie i został osadzony w tej samej złotej epoce piractwa, czyli „Herb piratów” („Crossbones”). „Piraci” dają widzom mocne poczucie autentyzmu, „Herb piratów” jest tylko kolorową przebieranką. Rzecz dzieje się w pierwszej połowie XVIII w. w Nassau, pirackim porcie na wyspie New Providence. Główne postacie to kapitan Flint, ogarnięty obsesją zagarnięcia hiszpańskich skarbów przewożonych z Nowego Świata do Europy przez okręt „Urca de Lima”, jego nowy kucharz John Silver, znany z okrucieństwa pirat Charles Vane oraz Eleanor Guthrie, która pomaga piratom legalizować ich bandyckie zdobycze. W Nassau łupy są przepakowywane do nowych beczek i worków, po czym
Seria, która rozpoczęła się jako opowieść o pirackich łupach i łotrostwach, zamieniła się w rzecz o polityce. A dokładnie – o naprawianiu świata
Skarb kapitana
sprzedawane jako normalny towar przez agentów handlowych współpracujących z rodem Guthriech. Rodzinny interes kręci się na razie dzięki ojcu Eleanor, Richardowi, ale szykuje się ona pomału do przejęcia sterów. Szybko pojawiają się kolejne postacie, których nazwiska znamy nie tylko z „Wyspy skarbów”, lecz także z historycznych przekazów o piratach z tamtych wód – Jack Rackham i jego kochanka Anne Bonny, w sezonie trzecim z kolei objawi się legendarny Czarnobrody, czyli Edward Teach. Członkiem załogi Flinta jest Billy Bones. Mamy także postacie wymyślone specjalnie na potrzeby serialu, takie jak prostytutka Max. W pierwszym sezonie wydaje się, że najważniejszą rzeczą jest skarb z „Urca de Lima”. Od drugiego sprawy zaczynają się komplikować z bardzo dobrym skutkiem dla serialu, który nabiera rozmachu z każdym odcinkiem – pojawiają się nowe okręty, nowe lokacje, rozgrywane są nowe bitwy. Najciekawsze jest jednak stopniowe poznawanie przeszłości głównych postaci, z kapitanem Flintem na czele. Jak to się stało, że ten kiedyś wzorowy oficer brytyjskiej marynarki, zamienił się w postrach mórz?
W imię czego nie waha się przelewać krwi? Idzie o zemstę, perwersyjną przyjemność czy może gna go jeszcze coś innego? Flint to od początku postać najbardziej tajemnicza. To, co go ukształtowało, poznajemy pomału w retrospekcjach, pozostali bohaterowie najważniejsze dni swego życia przeżywają już wraz z widzami. Tutaj też widać, że scenarzyści odrobili dobrze lekcję z „Gry o tron”, każąc lękliwym, pechowym i maluczkim przechodzić ewolucję do bohaterstwa i sławy, a możnych gnębiąc na rozmaite sposoby. Pamiętajmy też, że nie jest to serial jedynie o piratach. Na morzach ścierają się dwie potęgi – imperium brytyjskie i korona Hiszpanii. Jedni i drudzy mocno usadowili się w Nowym Świecie, jedni i drudzy mają wobec Nassau i piratów własne plany. POLITYKA NA MORZU I tak oto serial o przygodach i skarbach zamienia się w serial o polityce. Takiej małej, gdy chodzi jedynie o to, kto wywiedzie kogo w pole w samym Nassau, jak i dużo większej, kiedy dowiadujemy się wreszcie, jakie plany ma kapitan Flint. A są to zamierzenia, na które porywać się może szaleniec lub geniusz. Dawna chluba brytyjskiej marynarki chce rzucić wyzwanie nie tylko Wielkiej Brytanii, lecz także całemu światu: wzniecić rewoltę, która sprawi, że New Providence i inne wyspy Morza Karaibskiego, staną się wolną republiką stworzoną pospołu przez piratów i wyzwolonych niewolników. Jedni nazywają ten pomysł wojną przeciw cywilizacji, inni wojną przeciw opresji. Wizjonerzy zajmujący się społeczną inżynierią zwykle nie baczą na to, jaką cenę przyjdzie zapłacić za ich wielkie dzieło. Flint wydaje się człowiekiem nieczułym na tę kwestię długo przed tym, zanim poznajemy jego zamierzenia. To zresztą powód, dla którego tak trudno utrzymać mu posłuch wśród piratów i tak ciężko zdobyć głosy, by obierano go kapitanem. Coraz więcej wskazuje bowiem na to, że nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. Zdradzi każdego sojusznika, wejdzie w każdy alians, lekką ręką poświęci cudze żywoty. Im bliżej końca, tym lepiej widać, że sednem serialu są (oprócz mocarstwowych zamierzeń Flinta) relacje między
nim a Johnem Silverem, który przechodzi ciekawą ewolucję. Ze złodziejaszka szukającego okazji, by się dorobić, zmienia się w symbol walki przeciw Anglikom, a także w najwierniejszego sojusznika, a potem przyjaciela Flinta. Obaj odkrywają, że kiedy działają razem, nie ma takiej rzeczy, która wydawałaby się niemożliwa. Jak skończy się ta przyjaźń? Odpowiedź na to pytanie poznacie dopiero w ostatnim odcinku. Jako że w popkulturze panuje teraz moda na silne postacie kobiece, także i te sprawy wyeksponowane są mocno w „Piratach”. O wyczynach Anne Bonny czy Mary Read wiemy z bestsellera non-fiction opublikowanego w 1724 r., czyli „A General History of the Pyrates” kapitana Charlesa Johnsona. Walczyły u boku mężczyzn jak równe, a w wielu przypadkach wykazywały się większą odwagą i wiernością zasadom pirackiego kodeksu. „Gdybyś walczył jak mężczyzna, nie zdychałbyś jak pies” – miała rzucić Anne Bonny do kapitana Jacka Rackhama, który miał za chwilę zawisnąć na stryczku. Jednak prawdziwą władzę w świecie dzierżą ci, którzy zamiast szabli w dłoni mają odpowiednie wpływy, pochodzenie i bogactwo. I płeć – dodają bohaterki serialu skarżące się na męską opresję. ZNAKOMITA ROZRYWKA Całą tę historię ogląda się znakomicie, mnóstwo w niej naprawdę nieoczekiwanych zwrotów akcji i niezwykle barwnych postaci (przymknijcie tylko oko na rozwlekły sezon pierwszy). Dobrze serialowi zrobiło także trzymanie się bardzo długo z dala od realizacji zapowiedzi, że będzie to prequel „Wyspy skarbów”. Dzięki temu twórcy mogli opowiedzieć własną fabułę i obdarzyć bohaterów własnym życiem. Słynna Wyspa Szkieletów, na której skarbu szukali po latach Ben Gunn, Jim Hawkins i inni bohaterowie „Wyspy skarbów” czy „Przygód Bena Gunna”, pojawia się dopiero trzy odcinki przed końcem. I bardzo dobrze, bo przecież widz pamiętający przez cały czas, że o przedbiegi do Stevensona chodzi, mógłby od razu sięgnąć po powieść i sprawdzić, którzy z bohaterów przeżyli, czyli dowiedzieć się, jak skończyła się rywalizacja o skarb kapitana Flinta. Nie róbcie tego. Szkoda zabawy.
Flinta
SEZON 4 „PIRACI” USA 2017 wyst. Toby Stephens, Luke Arnold, Hannah New, Toby Schmitz EMISJA W CANAL+