Barry, weteran wojenny i płatny zabójca, podczas zlecenia w Los Angeles trafia do amatorskiej szkoły aktorskiej i zaczyna marzyć o porzuceniu przestępczego fachu. Nowi znajomi, uczucie do Sally oraz ekscentryczny nauczyciel Gene Cousineau dają mu nadzieję na odmianę życia, lecz powiązania z Fuchesem i czeczeńską mafią wciągają go w coraz większe kłopoty. Serial jest czarną, gorzką i chwilami przerażającą komedią o złudzeniach, niespełnionych ambicjach i konsekwencjach niewybaczalnych czynów, przywodzącą na myśl kino braci Coen.
Każdemu zdarza się, że marzy o innym życiu. Biedni z zazdrością patrzą na luksusy, bogaci igrają z myślą o świętych biedakach, żonatym zdarza się wspomnieć z ckliwością czasy kawalerskie, samotni rozważają, jak dobrze byłoby mieć kogoś na zawsze. Świat pełen jest także tych, którzy uważają, że cenieni są za rzeczy niewłaściwe, i marzą o uznaniu ich prawdziwych talentów. Wiemy też, co z takich snów pozostaje. Rzymski cesarz Neron śnił o sztuce, a został w annałach zapisany jako despota. Arthur Conan Doyle uważał się za wybitnego specjalistę od spraw parapsychologicznych i nie przypuszczał, że potomni zapamiętają go głównie jako autora jakichś tam opowiadanek o Sherlocku Holmesie. Barry, bohater nowego serialu HBO, nie poprzestał na marzeniach, przeszedł od słów do czynów. Ten niepozorny weteran wojenny wygląda na równego gościa, ale zadaje się z niewłaściwymi ludźmi. Tak bardzo niewłaściwymi, że jego sen o zwykłym amerykańskim życiu – żonie, dzieciakach, domu – oddala się z każdym dniem. Tak to już bywa, gdy jest się zabójcą do wynajęcia. Jednak jak tu nie śnić o lepszych dniach i odmiennym losie, kiedy żyje się w Cleveland, najbardziej przygnębiającym (według „Forbesa”) mieście Stanów Zjednoczonych? W Los Angeles wszystko jest inne: światło, kolory, ludzie. Wyjazdowa robota okaże się jednak punktem zwrotnym w życiu Barry’ego nie dlatego, że chciałby po prostu zmienić klimat. Traf chce, że tropiąc swą ofiarę, trafi do niewielkiej szkoły aktorskiej. A tam nieoczekiwanie połknie typowo kalifornijskiego bakcyla: od tej chwili Barry kiler będzie śnił o tym, by zostać Barrym aktorem. No i zabijanie ludzi (w czym jest świetny) przestanie mu się podobać.
Trochę inny bandyta Mieliśmy już na ekranie płatnych zabójców z problemami i wyraźnym kryzysem osobowości. W pamięci pozostaje John Cusack w „Zabijaniu na śniadanie” („Grosse Pointe Blank”, 1997), który próbował leczyć chandrę na szkolnym spotkaniu po latach, albo Pierce’a Brosnana rozpaczliwie pragnącego się z kimś zaprzyjaźnić w filmie „Kumple na zabój” („Matador”, 2005). Lista jest oczywiście dłuższa. Z kolei hasło „bandzior zakochany w show-biznesie” uruchamia natychmiast inne skojarzenie – „Dorwać
małego” („Get Shorty”, 1995), czyli brawurową ekranizację ironicznej powieści Elmore’a Leonarda. Tam gangstera, który odkrył w sobie żyłkę do pracy w Hollywood, grał John Travolta. (Później zresztą, w „Be Cool”, ten sam bohater, czyli Chili Palmer, próbował swych sił w przemyśle muzycznym).
Bill Hader, który wymyślił serial „Barry” dla HBO i który zagrał w nim główną rolę, zdecydowanie odcina się od tych ostatnich asocjacji. Ma rację. W ekranizacjach prozy Elmore’a Leonarda źródłem komizmu było spostrzeżenie, że show- biznes to branża ludzi bezwzględnych i okrutnych, w której brak skrupułów jest gwarancją sukcesu. Mafijne „metody zarządzania” sprawdzają się więc doskonale. Opowieść Hadera idzie w in-
nym kierunku. Jego bohater wiodący życie nieciekawe (wiem, dziwnie to brzmi, biorąc pod uwagę krwawy fach) i bezcelowe (do czego można dojść, zabijając ludzi za pieniądze?) niespodziewanie ujrzy szansę na nowy początek. Na odrodzenie. Gdyby była to po prostu zwyczajna komedia kryminalna, sympatycznego
Barry’ego pewnie czekałoby gładkie wejście w świat wielkich produkcji i przygody u boku postaci skrojonych tak, by zagrać je mogli ekstraklasowi aktorzy. Krótko mówiąc – hollywoodzka bajka. Taką bajką (choć nie kryminałem) była sympatyczna i zabawna „Ekipa” („Entourage”), także serial wyprodukowany przez HBO, mocno inspirowany doświadczeniami jego producenta, Marka Wahlberga.
Płatny zabójca, czeczeńska mafia i niespodziewana miłość do aktorstwa – nowy serial HBO to komedia czarna, gorzka i trochę przerażająca
W „Barrym” też mamy kpiny z Los Angeles, miasta, w którym każda kelnerka to niespełniona aktorka, a co drugi przechodzień pieści w wyobraźni pomysł na filmowy hit. Tyle że wszystko dzieje się z dala od prawdziwych sukcesów, z dala od czerwonych dywanów. Miejscem, w którym kiler Barry dozna
olśnienia i zapragnie odmienić swój los, nie jest plan superprodukcji, ale nędzna sala amatorskiego teatrzyku na przedmieściach. Tutaj gromada osobników tyleż ambitnych, co nieutalentowanych pobiera lekcje od trzeciorzędnego weterana aktorstwa pozującego na mędrca pokroju co najmniej Stanisławskiego. Aktor ów, niejaki Cousineau, to świetna kreacja aktorska Henry’ego Winklera, niegdyś gwiazdy sitcomu „Happy Days”.
Od pierwszej sceny wyczuwamy doskonale, że żaden z niego aktorski guru, tylko zwykły naciągacz. Hollywood to jednak Hollywood. Także na najniższym stopniu piramidy show-biznesu królują ambicja i zawiść, choć stawką nie są miliony dolarów, lecz podebranie roli koleżance z tego samego kursu aktorskiego. Życiowym marzeniem zaś jest trafienie w orbitę zainteresowań wpływowego agenta (szczerze mówiąc – jakiegokolwiek agenta), a rólka w reklamówce pasty do zębów jest już himalajami sukcesu, wręcz Oscarem dla ubogich. Spokojnie, nie jest to obraz malowany tylko czarnymi barwami, amatorzy z przedmieścia oddają się również dyskusjom o sztuce, a w wolnych chwilach wychodzą razem na piwo. Można się z nich podśmiewać, można im współczuć, można i ich zrozumieć – po prostu pragną czegoś więcej.
Śmiesznie i gorzko Tak też stanie się z Barrym – przypadkowo pojawi się na scenie i niespodziewanie usłyszy, że ma potencjał. Od tej pory nie będzie już tym samym człowiekiem. W dodatku poczuje miętę do pretensjonalnej (i jak się zdaje, dość głupiutkiej) początkującej, choć niemłodej aktorki, w której tak naprawdę podziwu godny jest jedynie upór. Nowi przyjaciele przyjmą Barry’ego ciepło i wyzwolą w nim marzenia o innym życiu. Nie wiedzą przecież, że zajrzał do ich teatru, szukając gościa, którego miał sprzątnąć. No właśnie, my tu gadugadu o aktorstwie, a przecież lekcje u pana Cousineau to tylko zajęcie po godzinach dla Barry’ego. Wciąż jest zabójcą do wynajęcia, a pierwsza robota w Los Angeles szybko pakuje go w kłopoty. Było to bowiem zlecenie od czeczeńskiej mafii, które w dodatku (za sprawą samych zleceniodawców zresztą) mocno się skomplikowało. Żeby oczyścić atmosferę, do miasta przybywa niejaki Fuches (Stephen Root), gość, który jest szefem Barry’ego (przyjmuje zlecenia na mokrą robotę i zapewnia stosowne alibi, gdy trzeba). Fuches to mistrz wciskania kitu, bezczelny kanciarz, niepoprawny optymista, a wkrótce także autor śmiałego
pomysłu, który na wszystkich ściągnie jeszcze większe kłopoty. Wspomniana czeczeńska mafia to właściwie komedia w komedii: galeria przezabawnych typów. Nękany kłopotami rodzinnymi boss w śmiesznym sweterku, jego gejowski przyboczny (pyszna rola Anthony’ego Carrigana, znanego dotąd głównie jako zabójca Victor Zsasz w serialu „Gotham”) i gromada niemiłosiernie tępych tłuków od rozbijania czaszek. Na wyżyny komizmu wspina się ten wątek w dwóch miejscach – kiedy do Ameryki przybywa wyczekiwany z utęsknieniem legendarny kiler z Czeczenii oraz kiedy osiadłe w Kalifornii towarzystwo zaczyna budować tradycyjną drewnianą czeczeńską machinę do zadawania tortur. Wątek miłosny (sędziwy nauczyciel aktorstwa zadurzy się w korpulentnej pani detektyw) dołoży kolejne okazje do śmiechu. Wszystko to jednak jest komedią ludzką, czarną i ironiczną, daleką od łatwych śmichów-chichów z sitcomów. A także trochę thrillerem i trochę traktatem o aktorstwie (Barry najbardziej wiarygodny jest jako aktor wtedy, gdy wyrzuca z siebie autentyczną traumę mordercy). Całość ma gorzką wymowę i przypomina klimatem produkcje braci Coen. Zarówno te, w których byliśmy napominani: jeden fałszywy krok wystarczy, by wpaść w spiralę prowadzącą do ekstremalnego zła i samozniszczenia, jak i te łagodniejsze, jak choćby film „Co jest grane, Davis?” („Inside Llewyn Davis”, 2013), o którym nieustannie myślałem, oglądając serial „Barry”. Davis, bohater tamtej opowieści, jak może pamiętacie, był pieśniarzem, ale bardzo średnio utalentowanym, zaś jego życie naznaczone było klątwą ambicji nie do spełnienia. Bill Hader w „Barrym” uderza w podobne struny. Kpiąc z gromadki nieudaczników, opowiada jednocześnie o człowieku, który im bardziej desperacko chce odmienić swe życie, w tym większe kłopoty wpada. Nic dziwnego, kiedy ma się na sumieniu rzeczy niewybaczalne. Nowy serial HBO to przede wszystkim opowieść o złudzeniach. Pięknie wyglądają jedynie we wnętrzu naszej głowy. Potem w zębach zgrzyta już tylko piasek.
„Barry”, Sezon 1 USA 2018